Jeszcze raz o błędach ustawowej procedury określania poziomu minimalnego wynagrodzenia za pracę

JESZCZE RAZ O BŁĘDACH USTAWOWEJ PROCEDURY OKREŚLANIA POZIOMU MINIMALNEGO WYNAGRODZENIA ZA PRACĘ*.

Nie jest moim zamiarem powiększanie grona malkontentów, wyrażających swoje niezadowolenie z tego, że płaca minimalna w naszym kraju jest za niska. Fakt ten jest powszechnie znany …nie wymaga więc nieustannego „biadolenia”. Staram się jedynie dotrzeć do istotnych przyczyn takiego stanu rzeczy. Zwykle wymienia się sytuację ekonomiczną: a to np. że Polska jest ubogim krajem i nie stać nas na płace godziwe, że pracodawcy zbankrutują, jeśli będą zmuszeni podnieść najniższe wynagrodzenia, albo wreszcie że „produkt krajowy brutto” rośnie zbyt wolno itd.

Wszystkie te argumenty nie mogą usprawiedliwić błędu, który polega na ustalaniu poziomu najniższej płacy bez respektowania obiektywnych, ustalonych przez naukę, uwarunkowań (normy) i realnych faktów (ceny), które generują konkretne, obliczalne koszty. Żadne okoliczności nie upoważniają do ignorowania rzeczywistych, niezbędnych nakładów, jakie musi ponieść pracownik, aby utrzymać siebie i swoją rodzinę…

Przede wszystkim więc zwracam uwagę, że obowiązująca (ustawowa) procedura przygotowania decyzji o poziomie płacy minimalnej jest obarczona błędami, które nawet w czasie, kiedy gospodarka będzie w nienagannej kondycji, będą umożliwiały określanie poziomu najniższych płac w zupełnym oderwaniu od rzeczywistoś­ci i w efekcie sytuacja polskich najbiedniejszych rodzin pracowniczych będzie nieustającym problemem.

W Ustawie o minimalnym wynagrodzeniu za pracę [1] w ogóle nie wspomina się o kosztach utrzymania rodziny, znanych pod postacią minimum socjalnego, czy choćby  minimum egzystencji – pomimo, iż wartości tych parametrów szacowane są od lat przez PAŃSTWOWY Instytut [2]. Wyniki uzyskiwane przez pracowników tego Instytutu traktowane są jako ciekawostki naukowe o „walorach poznawczych”, a nie „decyzyjnych”. Takie stanowisko zajął Sejm V kadencji, oceniając funkcjonowanie wspomnianej ustawy [3]. Dowodzi ono wyjątkowej arogancji nie tylko władz ówczesnych, ale i następnej rzeszy „trzymających oficjalną władzę” osób, posiadających t. zw. inicjatywę legislacyjną, czyli prawo zgłaszania wniosków o nowelizację ustaw.

Nie należy wynagrodzenia minimalnego traktować jak jałmużnę, którą przekazuje się żebrakowi według własnego „widzi mi się”. Wynagrodzenie za pracę jest legalnym sposobem pozyskiwania środków na pokrycie co najmniej tych kosztów utrzymania, których rodzina nie może odłożyć w czasie. Pracownik istotną część swojego życia poświęca na tworzenie realnego majątku i w zamian ma prawo oczekiwać poszano­wania zarówno jego elementarnych potrzeb, jak i jego obowiązków wobec rodziny.      

Tak więc ani analiza wskaźników makroekonomicznych, ani „konsultacje społeczne” nie zas­tąpią prostych działań arytmetycznych, które pozwalają precyzyjnie okreś­lić, ile pracownik powinien otrzymać za swoją pracę, aby on i jego rodzina mogły normalnie funkcjonować. Obowiązujące procedury nie zastąpią elementarnej matematyki. Np. w Komisji Trójstronnej dopuszcza się akceptowanie proponowanego przez Rząd poziomu minimalnego wynagrodzenia… metodą głosowania. To jest tak, jakby ktoś metodą głosowania chciał decydować o tym, że człowiek, aby żyć musi się odpowiednio odżywiać… albo, że po nocy ma nastąpić dzień! Zarówno głosowanie, jak i każda inna procedura demo­kratyczna (ugoda, porozumienie, umowa), nie mogą być wykorzystywane do przesądzania o warunkach koniecznych!!! Rozstrzyganie takich zagadnień metodą głosowania jest parodią demokracji i nadaje się raczej do programu kabaretowego, a nie do zadań instytucji, której powierzono wydawanie opinii o sprawach kluczowych dla polskich rodzin.

Podobny „walor” metodologiczny ma procedura decydowania o poziomie minimalnej płacy przez porównanie z określoną (w wyniku badań budżetów rodzinnych) częścią płacy średniej. Jest to przykład wykorzystania analogii, a więc rozumowania nie dającego gwarancji na podejmowanie trafnych decyzji. Stwierdzenie faktu, że w badanej grupie rodzin na pokrycie bieżących wydatków przeznaczało się określoną część wynagrodzenia nie upoważnia do uogólnienia, czyli do stwierdzenia, że w każdej innej grupie rodzin ta proporcja będzie podobna.

Struktura wydatków, (czyli jakie części posiadanych środków wydajemy na żywność, czynsz, ubra­nie itd.)  zależy od tego, czym dysponujemy. Jeżeli mamy do dyspozycji tyle, że wystarcza na wszystko, co niezbędne i jeszcze pozostają oszczędności, to struktura wydatków będzie zupełnie odmienna od tej, którą spotykamy w rodzinach ubogich. Niedostatek środków powoduje, że głównie dbamy o to, aby przeżyć. Nikt nie myśli o innych zakupach, jeśli nie starcza na chleb.

Dlatego też fatalnym skutkiem może się zakończyć forsowany ostatnio przez Związki Zawodowe postulat (oparty na wynikach badań budżetów rodzinnych w krajach Starej Unii), aby minimalne wynagrodzenie za pracę ustalane było na poziomie 50% płacy średniej [4]. Oczywistym jest fakt, że 50% średniej płacy np. w Niemczech, to nie to samo, co 50% średniej płacy w Polsce. Nie tylko nominalnie, ale i strukturalnie. Inna jest struktura wydatków w państwach o wysokim standardzie życia, a zupełnie inna w państwach, gdzie gospodarka zrujnowana wojną była przez 44 lata „królikiem doświadczalnym” ekonomii politycznej socjalizmu, gdzie dbano tylko o to, aby tempo wzrostu płac nie było rażąco niższe od tempa wzrostu cen (zresztą taka reguła obowiązuje nadal ! [5]).

Struktura przeciętnego wynagrodzenia w krajach zamożnych, gdzie na wydatki bieżące wystarczało 50% wszystkich środków, jakimi dysponowały rodziny badane (a nadwyżka była odkładana „na czarną godzinę”), nie upoważnia do przenoszenia tej proporcji do Polski, gdzie wynagrodzenie przeciętne kształtuje się poniżej kosztów utrzymania na poziomie minimum socjalnego, a rodziny pracownicze zamiast oszczędności mają długi… przekraczające ostatnio 530 miliardów złotych !!! [6].

Aktualnie w naszym kraju nawet cała płaca średnia NETTO nie wystarcza na utrzymanie czteroosobowej [7] rodziny pracowniczej. Oto fakty: Weźmy rok 2011. Minimum socjalne (obliczone przez IPiSS) wynosiło 3221,50 złotych netto. Natomiast przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej w 2011 roku osiągnęło poziom 3399,52 zł brutto, czyli „na rękę” pracownik otrzymywał 2435,40 zł, a więc o 786,10 zł mniej od kosztów utrzymania rodziny na poziomie minimum socjalnego [8].

Określanie poziomu minimalnego wynagrodzenia za pracę jako części płacy średniej nie ma w Polsce żadnego uzasadnienia. Dlatego ustawa o minimalnym wynagrodzeniu za pracę powinna być znowelizowana w taki sposób, aby poziom najniższej płacy był (w pierwszym etapie) co najmniej równy kosztom utrzymania rodziny pracowniczej.

Trudno oczekiwać natychmiastowych zmian w tej dziedzinie. Jednak nie można unikać jednoznacznej deklaracji, iż konieczne są pilne korekty obowiązującej w tej dziedzinie procedury. Strategicznym celem polskiej polityki płac powinno być doprowadzenie do sytuacji, w której najniższe wynagrodzenie za pracę będzie wielokrotnością kosztów utrzymania. Tego celu nie da się osiągnąć bez zmiany ustawowej procedury. Powinna wreszcie pojawić się pośród głównych celów polskiej  „polityki płac” reguła: TAKA SAMA PŁACA ZA TAKĄ SAMĄ PRACĘ w całej Unii Europejskiej.

Dopiero wtedy polskie rodziny stworzą niezbędny dla szybkiego rozwoju gospodarki, nieustannie rosnący popyt na towary i usługi, a nadwyżkę środków zaczną wreszcie lokować na kontach oszczęd­nościowych, zapewniając sobie i swoim dzieciom bezpieczną przyszłość. Wzrost popytu powinien też skłonić pracodawców do modernizacji firm, aby konkurencyjność oferowanych towarów i usług nie była oparta na fatalnym (jak na XXI wiek) poziomie płac. Wskazany byłyby powrót do dawnych praktyk „rasowych” kapitalistów, którzy byli dumni z zamożności swoich pracowników, zapewniając im nie tylko godziwe zarobki, ale i np. mieszkania…

(Henryk Lewandowski)

——————————————————————-

PRZYPISY:

*)  Niniejszy tekst jest nieco zmienioną (i poprawioną) wersją tego, co ukazało się na stronach <lewica.pl> oraz na blogu <koszty utrzymania rodziny – Onet.pl>

[1] Dziennik Ustaw nr 200 z 2002 roku, poz. 1679 (ze zmianami).

[2] Instytut Pracy i Spraw Socjalnych (www.ipiss.com.pl)

[3] Zob. Druk sejmowy nr 1064 V kadencji Sejmu:

<www.skpnszz.org/downloads/2007r/inne/przepisy/pracy i ue/placa minimalna.pdf>

[4] Takie są także zalecenia Międzynarodowej Organizacji Pracy, a Rada Europu (wykorzystując badania budżetów rodzinnych przeprowadzonych we Francji) zaleca nawet poziom równy 68% wynagrodzenia przeciętnego w danym kraju.

[5] … co potwierdzone zostało w piśmie Departamentu Prawa Pracy w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej z dnia 11 marca 2008 roku (nie publikowanym, ale dostępnym dla zainteresowanych).

[6]  W lutym br. Komisja Nadzoru Finansowego donosiła, że na koniec 2011 r. zobowiązania gospodarstw domowych wobec banków działających w Polsce były równe 530 miliardów złotych, z czego 130 mld przypadało na kredyty konsumpcyjne, czyli przeznaczone na pokrywanie kosztów utrzymania polskich rodzin.

[7] Zgodnie z postulatem obowiązującym w UE, obliczenia takie wykonuje się dla rodziny czteroosobowej o strukturze M + K + 2D (w wieku szkolnym)

[8] Jeszcze większe dysproporcje ujawniane są, kiedy koszty utrzymania oblicza się proponowaną przeze mnie uproszczoną metodą „trzech standardów” (zob. <henryk-lewandowski.blog.onet.pl>)

, , .

5 odpowiedzi na „Jeszcze raz o błędach ustawowej procedury określania poziomu minimalnego wynagrodzenia za pracę

  1. zaras pisze:

    To są ciekawe dywagacje, ale autor zdaje się zapominac, że praca też podlega prawom popytu i podaży.
    Możemy sobie ustalać, że pracownikowi nie wolno płacić mniej niz potrzebuje on na utrzymanie swojej rodziny, ale wynagrodzenie powinno być ekwiwalentem wartości pracy. Jak pracownik chce więcej zarabiać to może świadczyć pracę, za którą rynek płaci więcej. Może to się wiązać z koniecznościa podniesienia kwalifikacji, albo wyjazdu w inne miejsce. A jak nie zrobi ani jednego ani drugiego to pracodawca nie będzie gotów mu zapłacić więcej, a jak prawo będzie go ograniczać to takiego pracownika wcale nie zatrudni.
    Zasady, zeby była taka sama płaca za taką samą pracę nie da się pogodzić z zasadą, że płaca minimalna powinna wynikać z kosztów utrzymania, bo te w dużych miastach są wyższe niż na prowincji (a praca może tu i tam być taka sama).

  2. Henryk L. pisze:

    @ zaras
    Dziękuję za uwagi, ale nie mogę zaniechać przypomnienia, że stosowne wykorzystanie pracownika tak, aby efekty jego pracy były wyższe od należnego (minimalnego) wynagrodzenia, zależą głównie od pracodawcy, a przede wszystkim od tego, jak zorganizuje pracę oraz jakie narzędzia udostępni pracownikowi. Natomiast prawom podaży i popytu płaca minimalna nie podlega od co najmniej 84 lat (Konwencja nr 26 Międzynarodowej Organizacji Pracy w 1928 roku. Polska należy do MOP od 1919 roku !!!).

  3. neilos pisze:

    Dopóki nie zmienimy w Polsce całościowego myślenia ekonomicznego, dopóty dyskusja płacy minimalnej będzie tylko jałowym młóceniem cepem słomy.
    Wychodząc z pojęcia „biedne państwo którego nie stać i które musi oszczędzać” stworzono nie tylko prawo przetargowe, ale cały system pojęciowy „najniższy ekonomiczny koszt”, który musi być spełniony by być konkurencyjnym na rynku.
    Co to znaczy najniższy ekonomiczny koszt jakieś rzeczy, wyrobu?
    Czy jest to cena tylko jego wytworzenia, czy też również cena eksploatacji i kosztów remontu do czasu zużycia technicznego czy też funkcjonalnego?
    Przeciętny wytwórca czy też usługodawca nauczył się myśleć jak najtaniej i najszybciej sprzedać bubel, skasować i zapomnieć.
    Czy ktoś taki, mając taką moralność będzie myśleć o pracownikach?
    Zmienić to może jedynie wtedy, gdy użytkownicy sparzeni kosztami naprawy sami zaczną liczyć wszystkie koszty danej inwestycji, czy zakupu, a od dostawcy kar za poniesione straty.
    Owszem, dużo firm się „wysypie”, ale w tych, co ostaną, właściciele może dojdą do wniosku, że najedzony i wyspany pracownik, zadowolony z życia, jest wydajniejszy i bardziej dokładny i można mu powierzyć droższy materiał do obróbki czy montażu.

  4. winniepooh pisze:

    Płaca minimalna w Polsce jest kompletnie bez sensu, ponieważ po pierwsze dotyczy tylko mów o pracę (które ma mniejszość) po drugie de facto wypłacają ją tylko ci pracodawcy, którzy chcą. Normą jest zatrudnianie/zlecanie pracy na umowy cywilnoprawne ze stawkami poniżej tego minimum, jak również zmuszanie pracowników do potwierdzania na liście płac kwot innych, niż faktycznie im wypłacane.

    Jedyną konsekwencją płacy minimalnej jest podniesienie ZUSu dla przedsiębiorców, co uderza najmocniej w jednoosobowe działalności, którym i tak nie starcza na podstawowe potrzeby. Nie są to przedsiębiorcy, tylko ludzie ZMUSZENI do rejestracji DG, ponieważ np. pracując na UoD byliby pozbawieni ubezpieczenia zdrowotnego.

    Godzinowe wyrażenie stawki minimalnej spowoduje tylko to, że wzrośnie presja na otwieranie DG oraz praca na czarno, poza tym jak pogodzić stawkę godzinową z Umową o Dzieło?

    Muszę teraz przyjąć rolę adwokata diabła i powiedzieć, że podniesienie płacy minimalnej jest tylko i wyłącznie SZKODĄ wyrządzoną biedakom zmuszonym przez system do zostania „przedsiębiorcami” i że wskutek takiej operacji więcej pieniędzy zostanie z rynku zagarnięte przez Zakład Utylizacji Szmalu, niż nań trafi, w efekcie popyt (i tak już bardzo wątły) jeszcze spadnie, co znów odbije się na dochodach drobnych handlarzy, zmuszonych przez system do zostania „przedsiębiorcami”.

    W polskich warunkach płaca minimalna jest fikcją, którą powinno się zlikwidować. Podobnie z resztą jak cały kodeks pracy, który jest przestrzegany być może jeszcze tylko w urzędach.

    Tak naprawdę przy bezrobociu na poziomie 50% – bo taki jest właściwy jego poziom, zważywszy że około połowa Polaków w wieku produkcyjnym pracuje – i przy braku jakichkolwiek zabezpieczeń socjalnych, żaden cywilizowany rynek pracy nie może istnieć. Nawet gdyby w firmach były codzienne inspekcje PIP nic by to nie dało, bo pracownicy będą kłamać żeby ochronić „chlebodawcę”/oprawcę, ze strachu przed utratą jakiegokolwiek źródła dochodu.

    Z drugiej strony zmiana tej sytuacji, choćby przez wprowadzenie łatwodostępnych zasiłków pozwalających na życie, prac społecznie użytecznych dla bezrobotnych organizowanych przez gminę, itp. rozwiązań, spowoduje wzrost kosztów pracy a wówczas montownie im. Leszka Balcerowicza przeniosą się na Ukrainę, do Somalii, czy gdziekolwiek gdzie nakłady na zasoby ludzkie będą mniejsze.

    W tym kontekście sprawa dotacji unijnych przedstawia się w całkiem innym świetle – dotacje zepsuły rynek, gdyż pozwoliły oferować beneficjentom towary i usługi poniżej cen rynkowych, co doprowadziło na skraj bankructwa wiele firm, którym św. Mikołaj nie sypnął groszem, mimo iż niejednokrotnie miały lepszy produkt. Pracownicy zwolnienie z tych firm muszą żebrać o umowy śmieciowe u beneficjentów systemu, bo przecież dobrze płatne miejsca pracy utworzone przez dotacje rozdziela się między rodziną. Tak dofinansowana firma niejednokrotnie jest zamykana natychmiast po upływie terminu jej prowadzenia wyznaczonego przez warunki dotacji.

    Pytał Pan kiedyś co się stało z miliardami z dotacji unijnych? Otóż są w prywatnych kieszeniach masowo defraudowane przez beneficjentów. Zostają po nich tylko zniszczenia na lokalnym rynku pracy.
    Ktoś powie, no dobrze ale dzięki płacy minimalnej zatrudnieni z odgórnego nakazu w dotowanej firmie mieli zapewnione chociaż minimum.
    Nie zgadzam się. Póki pieniądze płyną szerokim strumieniem rozprowadza się je między rodziną, a kiedy się kończą zaczynają się gorączkowe poszukiwania kandydatów z orzeczeniem o niepełnosprawności, albo bezrobotnych dotowanych przez Urząd Pracy.

    Mentalnie bliżej mi do Szwecji, niż USA jednak w przypadku Polski najmniejszym złem byłoby kroczenie drogą pełnego liberalizmu, czy nawet libertarianizmu z kompletną prywatyzacją WSZYSTKIEGO łączenie ze szpitalami i szkołami, bez żadnych dotacji unijnych, bez kodeksu pracy, z minimalnym podatkiem liniowym. Owszem byłyby ofiary w ludziach, ale może nie aż 1/3 społeczeństwa, jak to ma teraz miejsce.

  5. Portier pisze:

    Powiem szczerze, że wolałbym aby wszyscy, którzy walczą o prawa pracownicze skoncentrowali się na tym, aby pensja minimalna była tym za co ją prawo uznaje – najniższym wynagrodzeniem za pracę, a nie tylko jakimś symbolem, punktem odniesienia. No bo cóż z tego, że ustalimy ją na (przykładowo) 2000 zł brutto, skoro większość ludzi, którzy z racji kwalifikacji, inteligencji, możliwości, zdrowia itp. powinna ją otrzymywać i tak nadal będzie OKRADANA poprzez umowy zlecenia i dzieła nawet tam, gdzie ewidentnie powinna być umowa o pracę (stałe miejsce pracy, przełożony, ustalone godziny, zakres obowiązków itp.)

    Znam ludzi, którzy pracują za 3,50 – 3,70 netto za godzinę. To jest hańba. To jest niewolnictwo. To jest wyrok na ich człowieczeństwo i ich przyszłość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *