
W Polsce pojawia się coraz więcej głosów na rzecz wprowadzenia ordynacji większościowej i jednomandatowych okręgów wyborczych do parlamentu czy samorządów – inicjatywa jow.pl zyskuje coraz więcej głosów poparcia, a rządząca Platforma Obywatelska proponuje wprowadzenie tego systemu w wyborach samorządowych. Panuje konsensus, że polski system wyborczy, oparty na ordynacji proporcjonalnej, wymaga gruntownej reformy, a projekt JOW obiecuje odpowiedzialność parlamentarzystów przed wyborcami, przejrzystość i wiele innych rzekomych zalet. W rzeczywistości jednak pogłębi jedynie problemy polskiej sceny politycznej.
System JOW obowiązuje m.in. w Wielkiej Brytanii i USA. Jest bardzo prosty i na tym polega jego złudny urok - kraj czy region podzielony jest na tyle niewielkich okręgów wyborczych, ile jest mandatów do zdobycia. Z każdego z nich wybierany jest tylko jeden kandydat, który otrzyma największą część głosów. Brzmi ładnie? W praktyce deformuje wyniki wyborów i zmniejsza reprezentatywność. Oto dlaczego:
1. Zwycięzca bierze całą pulę. Obywatele należący do „przegranych” w swoim okręgu nie mają żadnej reprezentacji i są de facto wykluczeni z procedur demokratycznych, choć w przypadku podziału ich głosów mogą nawet stanowić większość wyborców! Terytorialne zakorzenienie poszczególnych opcji politycznych często powoduje, że lojalny wyborca niepopularnego w swoim miejscu zamieszkania ugrupowania przez całe życie głosowania nigdy nie wpłynie na wybór ani jednego kandydata. Z takim problemem borykają się np. brytyjscy konserwatyści w zdominowanej przez Partię Pracy Szkocji czy amerykańscy Demokraci w konserwatywnych, republikańskich stanach Południa.
2. Proporcje głosów oddanych w skali kraju często mają niewiele wspólnego z podziałem mandatów. Wyjątkowo skrajny przykład miał miejsce przy okazji niedawnych wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii, gdzie partia Liberalnych Demokratów zyskała jeden punkt procentowy głosów, ale straciła sześć mandatów – tylko dlatego, że tym razem więcej głosów padło w okręgach, gdzie i tak wygrali jej konkurenci.
3. W związku z powyższym terytorialny podział okręgów wyborczych staje się jednym z głównych wyznaczników podziału mandatów. W USA powstało nawet specjalne określenie, gerrymandering, na walkę polityczną prowadzoną poprzez zmienianie granic okręgów tak, by dopasować je do sondażowych wyników w sposób optymalny dla swojego kandydata. Czy to o to powinni spierać się przed wyborami nasi reprezentanci?
4. Pod wpływem JOW powstaje system dwupartyjny, zamknięty na wpływ z zewnątrz. Powoływanie nowych ugrupowań mogących realnie kontestować wybory staje się w zasadzie niemożliwe. W systemach wielopartyjnych główne ugrupowania muszą liczyć się z tym, że w przypadku niezadowolenia stracą wyborców na rzecz mniejszych partii, czekających tylko na ich potknięcia, a jeśli te urosną w siłę – wynik wyborów może narzucić koalicję. Natomiast przy JOW dwa molochy, pozbawione konkurencji, kostnieją we własnych strukturach.
5. Ordynacja JOW odbiera władzę wyborcom, a przekazuje ją aparatom partyjnym. Zwolennicy tej ordynacji wiele mówią o możliwości startu kandydatów niezależnych, jednak ostatecznie stanowią oni zwykle niewielką część parlamentarzystów, pozostającą w opozycji. Do rządzenia potrzebne jest zaplecze organizacyjne, programowe i finansowe, które zapewniają partie. W przypadku wielomandatowych okręgów mamy do wyboru wiele partii, a z każdej z nich kilku kandydatów – o różnych specjalnościach, wpisujących się w różne nurty. Natomiast w przypadku JOW to struktury partyjne wybierają spośród siebie jedną osobę, którą wystawią w wyborach. Oznacza to tyle, że choć oba stronnictwa są – niejako z przymusu – wielonurtowe i obejmują wiele poglądów, niepartyjny wyborca nie ma możliwości poparcia preferowanego przez siebie skrzydła partii. Zamiast tego dominacja takich czy innych poglądów w łonie partii jest wyznaczana przez frakcyjne rozgrywki, zamknięte dla zwykłych obywateli.
System wyborczy w Polsce szwankuje – to jasne, ale mamy problemy, które JOW jedynie pogłębi. Przez stosowanie faworyzującego duże partie przelicznika d’Hondta i bardzo wysokiego, pięcioprocentowego progu wyborczego, system partyjny jest całkowicie zamknięty na nowe ugrupowania. Zbyt wielu wyborców musi zadowalać się „mniejszym złem”, jakkolwiek by go nie pojmowali. Jest to tym bardziej odczuwalne w samorządach, które powinny być przecież polem dla oddolnych ruchów społecznych, ale wskutek bezlitosnej matematyki wyborów są jeszcze bardziej zdominowane przez największe partie niż parlament.
Nie musimy wybierać pomiędzy obecnym systemem a jednomandatowymi okręgami wyborczymi. Jest mnóstwo możliwości reformy, jak choćby wprowadzenie, wzorem krajów Skandynawskich i Niemiec, przelicznika Sainte-Lague, dającego większy wpływ mniejszym partiom, lub wzorem Australii – ordynacji preferencyjnej, w której zamiast głosować na tylko jednego kandydata, szeregujemy kilku najlepszych zgodnie ze swoimi przekonaniami, by nie marnować głosów i nie głosować taktycznie. Wybierzmy model, który uczyni naszą demokrację bardziej sprawiedliwą i bardziej reprezentatywną, a nie mniej – powiedzmy NIE jednomandatowym okręgom wyborczym!
|