Polska scena polityczna w 2010 PDF Drukuj Email
Wpisał Administrator   
piątek, 18. czerwiec 2010 11:09


Antidotum na znieczulicę, atomizację, obojętność wobec krzywdy ludzkiej jest empatia: zdolność współodczuwania z cierpiącym, stawianie się w jego sytuacji, utożsamianie się w myślach, aby poczuć to, co on czuje. To jednak w dobie powszechnego przerażenia w świecie gdzie lepiej się nie badać, bo i tak nie ma się jak leczyć, zadanie trudne albo niemożliwe. Nikt nie chce nawet pomyśleć jak to jest być odtrąconym, wyeksmitowanym, wyrzuconym poza nawias. To akurat jest powszechnie wypierane ze świadomości. I to ten strach przed pomyśleniem pozwala piętnować ofiary systemu przy gromkim poparciu tych, których kolej jeszcze nie nadeszła. Przed obiektywnym, a więc jeszcze nie bardzo przerażonym widzem teatru zdarzeń społecznych stoi wybór. Albo mamy złych ludzi, których przybywa i których spotyka zasłużona kara w postaci biedy za grzechy albo to system rodzi coraz liczniejsze, niewinne ofiary, a przeciwstawienie mu się zanim się powiększy grono ofiar jest jedynym racjonalnym wyborem. Decydujcie, póki nie jest za późno. Decyzje podjęte po wykluczeniu społecznym tracą na wadze.

 


Polska scena polityczna roku 2010 jest wciąż daleka od jakiegoś trwałego kształtu. Od początku transformacji ustrojowej charakteryzowała się ona pojawianiem się coraz to nowych partii politycznych, które znikały, aby ustąpić pola innym. Jednak od kilku lat coraz częściej mówi się o kształtowaniu się w Polsce systemu dwupartyjnego. Łączne notowania Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości sięgają ponad 80%, a spór między tymi formacjami dominuje debatę publiczną. Zarówno będące w koalicji rządowej z liberalną PO Polskie Stronnictwo Ludowe, jak i opozycyjny Sojusz Lewicy Demokratycznej schodzą coraz bardziej na margines życia politycznego nierzadko znajdując się na przemian w sondażach poniżej 5-procentowego progu wyborczego. Ludowcy z oczywistych względów nie artykułują żadnej wyrazistej opcji ideowej czy programowej, pozostając tłem dla Platformy Obywatelskiej. Sojusz Lewicy Demokratycznej tymczasem nie potrafi przelicytować głównej partii opozycyjnej PiS w żądaniach socjalnych i atakach na rząd.
Dla zrozumienia polityki polskiej Anno domini 2010 trzeba jednak wiedzieć, że system partyjny ani demokracja nie zapuściły zbyt głęboko korzeni w polskim społeczeństwie i są bardziej zjawiskiem medialnym, wirtualnym niż faktem społecznym. Wystarczy, że sobie uświadomimy, że wszyscy członkowie partii politycznych zarejestrowanych w Rzeczpospolitej Polskiej zmieściliby się na jednym dużym stadionie piłkarskim. Partia rządząca przyznaje się do 50 000 członków, ale w prawyborach mających wyłonić kandydata na prezydenta PO, wzięła udział zaledwie połowa tej liczby. W przypadku partii grupującej ludzi wykształconych, nieźle sytuowanych i zamieszkujących w dużych ośrodkach miejskich taka frekwencja dziwi i każe się zastanawiać nad wiarygodnością danych o jej liczebności. Nie jest dziełem przypadku, że PO ma najwięcej członków, choć wyniki sondażowe wskazywałyby na to, że powinno ich być znacznie więcej. Wypada, bowiem się pochylić nad zagadką, dlaczego w kraju liczącym 38 milionów mieszkańców, partia osiągająca w sondażach dość regularnie 50 a nawet więcej procent poparcia liczy zaledwie 50 000 członków?
Aby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba wyjaśnić, na jakiej zasadzie i kto wstępuje w Polsce do partii politycznych. Otóż, kiedy się idzie na zebranie wyborcze partii rządzącej uwagę zwraca fakt, że większość obecnych ma na sobie garnitury, strój roboczy urzędników. I rzeczywiście, ci ludzie są na zebraniu w godzinach pracy. Są to ludzie, którzy swe stanowiska pracy zawdzięczają partii. Partie przypominają biura pośrednictwa pracy, załatwiające budżetowe posady w samorządzie, administracji państwowej i firmach państwowych swoim członkom i ich rodzinom. Liczebność partii politycznych wzrosła znacząco po reformie samorządowej rządu Jerzego Buzka (Akcji Wyborczej Solidarność), który wprowadzając trzyszczeblowy system samorządu w znaczący sposób zwiększył ilość posad do obsadzenia przez partie wygrywające wybory. Słowem 50 000 to liczba trudna do przekroczenia, bo więcej posad w nomenklaturze żadnej partii rządzącej do wzięcia w państwie nie ma. Wszystkie partie rządzące się do niej zbliżają, aby jej nigdy nie przekroczyć. Brak wyraźnych zasad ideowych i wyrazistych ideologicznie programów sprawia, że często te same stanowiska w administracji zajmują ci sami ludzie należący kolejno do różnych partii rządzących. Zjawisko to może być korzystne ze względu na pewną ciągłość i kumulowanie doświadczenia służb publicznych, ale obnaża utylitarny, pragmatyczny by nie rzec cyniczny stosunek do polityki wśród tych nielicznych obywateli i obywatelek RP, którzy decydują się przystąpić do jakiejś partii politycznej.
Ta alienacja oraz klientelizm partii politycznych sprawia, że prestiż społeczny zawodu polityka jest niezwykle niski. W jednym z badań respondentom przedstawiano listę 36 zawodów: zawód ministra był na liście prestiżowych zawodów na 34 miejscu, posła na Sejm na 35 a działacza partii politycznej na ostatnim 36 miejscu, poniżej takich zawodów jak: goniec (32), czy niewykwalifikowany robotnik budowlany (31). To nastawienie tylko z pozoru stoi w sprzeczności ze społeczną reakcją na katastrofę smoleńską, w której zginęła rekordowa liczba znanych polityków. Pomijając fakt, że reakcja ta była podsycana przez media, które jednak „przestrzeliły” wielokrotnie prognozy frekwencji na uroczystościach żałobnych, to jednak szczery żal po stracie wiąże się nie z faktem, że zmarli tragicznie byli politykami, tylko z tym, że byli „celebrytami”. Ludźmi, którzy na co dzień gościli w naszych domach, barach, a nawet na dworcach kolejowych za pośrednictwem telewizji. Ten rozdźwięk między niską oceną polityków jako takich a żalem po celebrytach wskazuje jeszcze mocniej na medialny, a nie społeczny wymiar polskiej polityki.
Partie, nieobecne w naszym codziennym życiu społecznym, goszczą w naszym życiu prywatnym poprzez media. Medialne istnienie pozwala na nie istnienie realne w społeczeństwie. Nie ma, więc szerokiej debaty z dołami partyjnymi, bo nie ma dołów. Posłuszeństwo wynikające z podległości służbowej w pracy wymusza partyjną dyscyplinę, która zastępuje wewnątrzpartyjną demokrację. Komunikaty w partiach idą, więc raczej z góry na dół niż z dołu na górę. Biura partyjne otwierają swe podwoje tylko w okresie kampanii wyborczych. Brak zakorzenienia partii politycznych wśród ludzi, którzy na co dzień w ramach brutalnej gry rynkowej muszą konsumować politykę rządu i samorządu, czyni partie ślepymi i głuchymi na najważniejsze problemy społeczne. Poza wąską grupą ludzi sukcesu, biznesmenów, takich jak emblematyczny poseł-milioner Janusz Palikot, członkowie partii politycznych to ludzie zatrudnieni na ciepłych posadkach regularnie opłacanych z pieniędzy podatników.
Nikła ilość ludzi należących do jakiejkolwiek partii politycznej wynika nie tylko z rozczarowania transformacja ustrojową i polityką, demokracją przedstawicielską jako taką. To rozczarowanie wynika z niezmienności polityki rządu niezależnie od tego, jaka nominalnie opcja polityczna przejmuje stery. Chodzi oczywiście o kwestie związane z podstawowymi potrzebami materialnymi społeczeństwa takimi jak standardy zatrudnienia, polityka płacowa (płaca minimalna), poziom opieki społecznej, dostępność edukacji i leczenia, bezrobocie, poziom zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych czy rozwarstwienie dochodowe i majątkowe. Oparty na konsensusie waszyngtońskim skrajnie neoliberalny model podtrzymywany był przez wszystkie ekipy od 1989 r. To jednak nie jedyna przyczyna niskiej frekwencji wyborczej i niechęci do wstępowania w partyjne szeregi. Trzeba bowiem pamiętać, że w okresie Polski Ludowej jakakolwiek działalność społeczna nie inicjowana odgórnie była nie tylko nielegalna, ale dla większości obywateli w ogóle nie do pomyślenia. W rezultacie społeczeństwo utraciło zdolność oddolnej samoorganizacji. Jedyna zmiana polega na tym, że raz na cztery lata górę się wybiera, a potem można jej już tylko słuchać mniej lub bardziej narzekając. W rezultacie w Polsce mamy nie tylko pustynie polityczną, ale i obywatelską. Tzw. społeczeństwo obywatelskie jest wciąż tylko projektem teoretycznym bez wyraźnych desygnatów w społecznej rzeczywistości Polski roku 2010. Jeszcze kilka lat temu społecznik i badacz Jakub Wygnański twierdził, że najliczniejszym i najbardziej dynamicznie rozwijającym się ruchem społecznym w Polsce były komitety rodziców protestujących przeciwko likwidowaniu szkół w ramach reformy oświaty i administracji. Dziś jedynym śladem aktywności oddolnej i obywatelskiej jest ruch lokatorski będący również reakcją na bardzo brutalne czy wręcz dzikie urynkowienie mieszkalnictwa (Prof. Czapiński w swojej „Diagnozie społecznej za rok 2009 r.” informuje, że 46% gospodarstw domowych ma kłopoty z płaceniem czynszu). Większość organizacji pozarządowych to elitarne, wysoce profesjonalne firmy poświęcające większość czasu i energii pozyskiwaniu funduszy na działalność, na którą w danym okresie takie fundusze są dostępne.
Wreszcie obraz społecznej pustyni i kompletnej alienacji jednostek w polskim społeczeństwie dopełnia załamanie się ruchu związków zawodowych. W kraju, który doszedł do demokracji w wyniku ruchu strajkowego i żądań wolności związkowych, poziom uzwiązkowienia osiągnął nędzne 8%. Przy czym procent ten spada w miarę jak prywatyzuje się tę część gospodarki, która jeszcze nie została sprywatyzowana. Tworzenie organizacji związkowych nie jest bowiem możliwe tak z prawnych jak politycznych względów. Ruch zawodowy nie zyskał w organach przedstawicielskich żadnej liczącej się reprezentacji, mimo iż dwie największe centrale związkowe popierają konsekwentnie „swoje” partie: „NSZZ Solidarność” – PiS, a OPZZ – SLD. Zapisane w Konstytucji i w ustawach wolności i gwarancje związkowe pozostają na papierze, a Sejm wprowadza coraz to nowe ograniczenia dla ruchu związkowego.
Większość Polaków i Polek nigdzie nie należy, nawet nie zna nikogo, kto by działał społecznie czy politycznie. Od polityki i demokracji dzieli ich jedynie i aż szyba telewizyjnego ekranu. Ta społeczna anomia sprawia, że scena polityczna, dyskurs publiczny wolne są od wyraźnych związków i zapośredniczeń w realnym życiu prawdziwego społeczeństwa. Rok 2010 Unia Europejska ogłosiła rokiem walki z bieda i wykluczeniem społecznym, żadna z czterech partii parlamentarnych, ani stacja telewizyjna ani rozgłośnia radiowa ani wielkonakładowa gazeta nie poświęciła temu uwagi. O tym, że co czwarte dziecko w Polsce nie dojada dowiedzieliśmy się przy okazji przeglądu państw członkowskich z unijnego komunikatu. O tym, że ponad połowa polskiego społeczeństwa jest biedna też doniosła Unia Europejska, bo polskie elity polityczne, mimo że UE ogłaszała badania prowadzone w Polsce przez polskich naukowców, nie zainteresowały się tymi tematami.


PLATFORMA OBYWATELSKA, CZYLI WIELKIE UTOŻSAMIENIE
Po okresie sporu historycznego między „Solidarnością” a ludźmi z przeszłości, którzy tak jak Aleksander Kwaśniewski wybrali przyszłość, nadszedł czas na nowy spór. Spór między Polska A i B, między wykształciuchami i moherami, między Polska katolicką, konserwatywną obyczajowo i postępową społecznie, a nową klasą średnią i wszystkimi tymi, którzy w jej mit uwierzyli. Spór między ciągłym dążeniem do moralnej katharsis mającej uśmierzyć cierpienia i krzywdy, a uśmiechem i urzędowym optymizmem ukrywającym społeczne konflikty i problemy w imię zgody. Obie strony, zarówno Platforma jak i PiS odwoływały się do jednej tylko formuły bycia razem, do wspólnoty narodu. Manierę tę czy też język ten dała sobie narzucić również nominalna lewica, czyli SLD. Wszyscy więc uczestnicy życia politycznego mają dziś usta pełne Polaków odmienianych przez wszystkie przypadki, a jedynie wyjątkowo i to raczej w ustach nielicznych inteligentów zapraszanych jeszcze do telewizji padają takie określenia jak społeczeństwo, rzadziej grupa interesu, nigdy klasa. Nic więc dziwnego, że egzotyczna wycieczka Grzegorza Napieralskiego, przewodniczącego i jednocześnie kandydata w wyborach prezydenckich SLD pod bramę fabryki o szóstej rano wywołała co najwyżej głębokie zdumienie tak robotników jak i opinii publicznej. Przeważało jednak wzruszenie ramion. Ten ładny skądinąd gest nie mógł przecież przekreślić wielu lat retoryki narodowej, retoryki solidaryzmu społecznego nie mającej nic wspólnego z tradycją i etosem lewicy.
    Ponad 70% respondentów twierdzi, że ich sytuacja materialna nie jest zła. O tym, że to nieprawda mówią już nawet eksperci bankowi, którzy najlepiej znają trudną sytuację klientów. Przeczy temu również proste stwierdzenie, że mniej więcej taki sam odsetek polskiego społeczeństwa w ogóle nie korzysta z urlopów wypoczynkowych i to nie z jakiegoś pracoholizmu tylko z braku takiej możliwości. Potrzeba bycia człowiekiem sukcesu wynikająca z nowej rynkowej skali prestiżu sprawia, że nawet ci, którzy dopiero aspirują do miana ludzi sukcesu utożsamiają się z Platformą Obywatelską, partią tych, którym się dobrze wiedzie. Upowszechnienie faktu, iż na PiS głosują ludzie gorzej sytuowani, wykształceni i pochodzący z prowincji, a nie metropolii, tylko tę tendencję wzmocniło. Ludzie bowiem nie chcą się kojarzyć, utożsamiać, ani być kojarzeni z przegranymi. Szczególnie silna jest ta tendencja wśród młodzieży, która nie znając innego świata niż ten, w którym nic się nikomu nie należy a wszystko trzeba zdobyć zębami i pazurami przyjmują ze spokojem swój trudny start życiowy, ufni, w zapewnienia płynące z reklam i marketingu politycznego rządzących. Brak poziomych więzi społecznych sprowadza ich świat do najbliższej rodziny i znajomych, co skazuje ich na intelektualne „pożarcie” przez kampanijnych spin doktorów. Słabi, chorzy, starzy, bezrobotni, czy po prostu biedni stają się w tym świecie sukcesu niewidzialni. Nie stwarzają problemu, który ktoś gdzieś stawia i który chcąc nie chcąc trzeba jakoś rozstrzygnąć.
    Świat PO to świat kibica, który kibicuje wiecznie zwycięskiej drużynie. Tą drużyną jest Platforma i Polska. Polska i Platforma. Najbiedniejszy bezrobotny zagłosowawszy na PO ma poczucie, że wygrał, bo w tych zawodach postawił na zwycięska drużynę. Nikt nie chce przegrać. Kogo w końcu obchodzą przegrani. Drużyna to nie tylko PO, to Polska – biało-czerwoni. Mamy najlepszych kibiców na świecie, którzy jak włoscy tifosi potrafią zapomnieć na stadionach o problemach dnia codziennego, o osobistych porażkach i niezapłaconych rachunkach. Polska znów wygrywa cieszy się premier a wraz z nim kibice. Jako jedyni w Unii mamy wzrost gospodarczy. Możemy z góry patrzeć na inne, bogatsze kraje. Bo Polak potrafi.
    Partia liberalna, która w swoim programie ma prywatyzacje wszystkiego, co się da, sanację finansów publicznych poprzez cięcia budżetowe, a nawet podatek liniowy, prezentuje się jako ugrupowanie całego narodu, unikając starannie pokazywania konfliktów interesów grupowych i nie opowiadając się zbyt wyraźnie po żadnej ze stron konfliktów, gdy do nich dochodzi. Jest jak ojczyzna, jak wielki ojciec, który kocha wszystkie swoje dzieci. Nawet wtedy, gdy się kłócą. Takie zdecydowane zerwanie z językiem ideologii na rzecz języka „moralno-politycznej jedności narodu” lat 70-tych skutkuje stopniową monopolizacją sceny politycznej przez partię Donalda Tuska. Skoro wszyscy jesteśmy Polakami i wszyscy mamy dobre chęci, to wystarczy, że przestaniemy narzekać i wspólnie weźmiemy się do roboty, a tylko patrzeć jak „Polska będzie rosła w siłę, a ludzie będą żyli dostatniej”.
    Każdy, kto żył świadomie w PRL pamięta jak wielką wagę miało obsadzanie stanowisk I sekretarzy wojewódzkich organizacji partyjnych. Jakiej? No jak to, tej jedynej, która jest. To właśnie z pozycji wojewódzkiego, śląskiego barona Edward Gierek wjechał do KC. Dlatego, gdy na początku 2010 r. media zaczęły poświęcać dużą część swej uwagi i czasu na relacjonowanie walki o stanowiska wojewódzkich szefów PO, zabrzmiało to dość znajomo. Tylko obsada regionalna tej jednej partii stała się sprawa publiczną. Stąd już tylko krok do sytuacji, w której mówiąc „partia”, będziemy wiedzieli, że chodzi o PO.

MEKSYK CZY STANY ZJEDNOCZONE?
Obawa, że PO może stać się taką Rewolucyjną Partią Instytucjonalną (PRI) i mimo wyborów rządzić Polską przez następne kilkadziesiąt lat nie są wcale takie przesadzone jak by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Przypomnijmy, żer partie polityczne istnieją, mają członków tylko, dlatego że od czasu do czasu dochodzą do władzy i rozdają miejsca pracy. Do tego polityczny system kontroli nad publicznymi mediami i system finansowania partii politycznych zamyka drogę do parlamentu i politycznego bytu partiom nowym, a te, które przez kilka kadencji pozostają poza rządem skazuje na wegetację i zamieranie. Klasycznym tego przykładem jest powstała z rozłamu w SLD partia Marka Borowskiego Socjaldemokracja Polska, która pozbawiona zaplecza parlamentarnego praktycznie przestała istnieć. Nie istnieje żadna droga odbudowania pozycji poprzez sięgnięcie po społeczne zaplecze, bo partie takiego zaplecza nie mają. Ich zapleczem jest biznes i aparat administracyjny. Z chwilą utraty wpływu na ten drugi o biznesie można zapomnieć. Pracodawcy zresztą są jedyną grupą interesu w miarę przyzwoicie zorganizowaną i wpływową.
    Mamy w Polsce cztery partie parlamentarne, a sondaże wskazują, że po następnych wyborach ta liczba może zmaleć do trzech. Alternatywą władzy dla PO pozostaje PiS, który jednak po raz pierwszy w historii naszego parlamentaryzmu po 1989 r. nie jest w stanie zbliżyć się choćby do partii rządzącej, mimo że każda partia rządząca traciła poparcie w miarę upływu kadencji. Istnieją tylko dwa możliwe wytłumaczenia tego nowego, interesującego zjawiska. Albo PO rządzi tak wspaniale, a ludziom żyje się pod jej rządami tak dobrze, że opozycja przegrywa w sondażach, albo to, co proponuje opozycja nie wytrzymuje porównania z ofertą partii rządzącej.
    Tej pierwszej tezie przeczą mierzone różnymi wskaźnikami dramatycznie narastające deficyty budżetów domowych, wysoka stopa bezrobocia, brak jakiejkolwiek polityki społecznej, niskie płace, najdłuższy w Europie efektywny czas pracy, a co za tym idzie niezwykle wysoka stopa wyzysku. Wygląda więc raczej na to, że ludzie chcą głosować na PO nie z wielkiego szczęścia, które ich przepełnia, lecz raczej „z braku laku”.
    Wielki sukces PiS i braci Kaczyńskich, którzy obsadzili dwie najważniejsze funkcje w państwie wynikał z bardzo trzeźwej oceny bolączek i krzywd jakich doznawało społeczeństwo w trakcie transformacji ustrojowej. Kaczyńscy jako drudzy (po Stanie Tymińskim, egzotycznym kandydacie na prezydenta, który z głębi puszczy Amazońskiej przyniósł Polsce wieść, że kapitalizm jest zły) powiedzieli, że „król jest nagi”. W swojej kampanii tak prezydenckiej jak i parlamentarnej, zaczęli mówić językiem lewicy o nierównościach społecznych, o niebezpieczeństwach związanych z prywatyzacją tak wrażliwych sektorów jak służba zdrowia, wreszcie o różnicy interesów między polskim społeczeństwem a bankami, światową finansjerą. Na tak radykalnie lewicową retorykę nie odważył się nigdy Sojusz Lewicy Demokratycznej. Ludzie słysząc, że ktoś nareszcie mówi prawdę o ich realnych problemach, a nie toczy salonowej wojny na złośliwości, zagłosowali, sądząc, że ten, kto ich wreszcie zauważył, zdoła im pomóc. Zawód był podwójny. Po pierwsze rządy Kaczyńskich zbyt były zajęte walką z PO i zwalczaniem mitycznego układu, by realizować wypowiedziane i niewypowiedziane obietnice. Po drugie, atmosfera konfliktu, podejrzliwości i polowania na czarownice spowodowała zmęczenie atmosferą zbiorowej psychozy. Społeczeństwo z ulgą i masowo postawiło na miłych, grzecznych ludzi z Platformy Obywatelskiej. Braci Kaczyńskich przygoda z lewicą, potwierdziła tylko starą jak demokracja tezę, że politycy zauważają innych ludzi tylko wtedy, gdy chcą by na nich głosowali. Dramat PiS polegał na tym, że wierzyli w układ i nie rozumieli, tego, co jest zrozumiałe dla prawdziwej lewicy społecznej, że zaatakowali nie układ, lecz peryferyjny kapitalizm w dość brutalnym darwinowskim polskim wydaniu. I odbili się jak od ściany. Nie wnikając w szczerość intencji braci Kaczyńskich, ich sztandarowa obietnica budowy 3 milionów tanich czynszowych mieszkań, była niewykonalna. Oznaczałaby, bowiem pozbawienie niebotycznych zysków deweloperów i banki udzielające kredytów hipotecznych. Niewiele jednak wskazuje na to, żeby w ogóle podjęli taką próbę.
    Upokarzające doświadczenie wielkiej klęski wyborczej i wysokie notowania liberalnej PO doprowadziły PiS do odrzucenia już nie tylko strategii ciągłego konfliktu i kłótni, ale lewicowej, socjalnej retoryki. PiS może już więc wyłącznie eksploatować różnice kulturowe, religijne, a to w szybko materializującym się polskim społeczeństwie, które stopniowo coraz mniej chodzi do kościoła i daje na tacę, nie daje wielkich możliwości.     Gdy Jarosław Kaczyński, kandydujący na urząd prezydenta, zwolniony przez swego tragicznie zmarłego brata, ogłosił, że chce budować kapitalizm i zrezygnował z atakowania partii rządzącej, pogodził się z rolą jeszcze jednej siły promującej tę samą neoliberalną politykę, dzięki piętnowaniu, której tak niedawno doszedł do władzy. Naród zjednoczony nad trumną Lecha Kaczyńskiego jednoczy się dziś z rządem w walce z powodzią. Potrzeba jednoczenia się w sztucznej, narodowej wspólnocie pozwala na wypchnięcie z debaty publicznej tematów, które dzielą, a których rozwiązywanie jest zadaniem polityków i demokracji. PiS sprowadzony do roli mniejszej Platformy Obywatelskiej. Odcięty od władzy, wpływów i posad. Skazany na wegetację w ławach opozycji przez kolejną, jedną, a może dwie kadencje, może zwiędnąć, tak jak zwiędła odsunięta od rządzenia SLD. W miarę oddalania się perspektywy szybkiego powrotu do władzy szeregi PiS-u i tak szczupłe i kadrowe, będą topnieć. Na placu boju zostanie partia władzy i sukcesu, telewizyjny potwór, nie do pokonania, z każdym rokiem powiększający swą siłę perswazji i kontroli.

SAMOOBRONA I PSL
W wyborach prezydenckich 2010 r. startuje Andrzej Lepper pod hasłem: „Nie jestem jednym z nich, jestem jednym z was”. Kiedy Lepper piął się w górę szli za nim chłopi, bo walczył dla nich o lepsze życie. Blokowali drogi, w szkołach wiejskich nie było komputerów, w kieszeniach gotówki, a za plony płacono grosze, jeżeli w ogóle udawało się je sprzedać. „Samoobrona” była jedyną siłą polityczną, która wyrosła z buntu, z oddolnej samoorganizacji społecznej określonej grupy społecznej – rolników i to głównie tych tzw. wysoko towarowych. Gdy Lepper wszedł do Sejmu, założył elegancki garnitur i przepadł. Stracił to, co było jego siłą - zaplecze społeczne. Reszty dokonały unijne dopłaty. Jednak jego próba powrotu nie jest tak bezsensowna jak by się wydawało. Jeżeli bowiem zrozumiał swój błąd, na to wskazuje jego hasło wyborcze, to wyrazistość, której pozbawieni są w swej większości jego konkurenci może się okazać atutem nie do przecenienia. Kaczyński mógł zostać liberałem, ale Lepper nie zostanie nim nigdy. W tej kampanii wyraźnej socjalnej retoryki można się raczej spodziewać właśnie po nim, nie po Napieralskim.
    PSL swe zaplecze miał, ma i mieć będzie, bo jest partią wiejskiej klasy średniej, wiejskiego i nie tylko, biznesu. Jest partią-przedsiębiorstwem, które posiada bardzo dużo firm, zwłaszcza rolno-spożywczych. Siła ekonomiczna polegająca na przejęciu przemysłu rolno-spożywczego w prywatne ręce działaczy albo wprost na własność partii w połączeniu z takimi unikalnymi organizacjami społecznymi jak Ochotnicza Straż Pożarna, której prezes Pawlak jest szefem, pozwala na rządzenie na szczeblu gmin i bardzo wielu powiatów. To władza stabilna, zakorzeniona w lokalnych powiązaniach biznesowo-towarzyskich. Nadejście Samoobrony niemal wymiotło PSL z panoramy polskiej wsi. Kiedy było ciężko, PSL siedział cicho. To Samoobrona porwała ludzi do walki. I ona zaczęła dzielić stanowiska. To, że po stanowiska przyszli nie ci sami, którzy organizowali blokady dróg, to zjawisko również stare jak świat. Stąd nie ma się, co dziwić, że duża część radnych i urzędników z Samoobrony należy dziś do Polskiego Stronnictwa Ludowego. PSL to jedyna partia, która jest w stanie przetrwać dłuższy czas nie tylko poza obozem rządowym, ale nawet poza Parlamentem. Zaś w Parlamencie jest z tego samego powodu, z którego większość jego działaczy jest w polityce. Dla interesów. Bezwzględne wykorzystywanie roli języczka u wagi, dyżurnego koalicjanta liberałów z SLD a potem tych z PO, pokazuje, że nie chodzi o ideę, nawet nie o władzę, tylko o pieniądze. I to one pozwolą tej partii trwać.

SZUKANIE LEWICY

Sojusz Lewicy Demokratycznej w tym sensie jest ugrupowaniem post komunistycznym, że rzeczywiście z komunizmem, a nawet socjalizmem w żadnej postaci nie ma i nie chce mieć nic wspólnego. W obawie przed swym bagażem historycznym lokował się raczej w awangardzie przemian ustrojowych, które doprowadziły do obecnego kryzysu społecznego. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że kampania prezydencka lidera SLD Grzegorza Napieralskiego koncentruje się na takich kwestiach jak niesprawiedliwy system podatkowy, zbyt niskie zasiłki czy płaca minimalna. W wielkim sporze dwóch Polsk, między liberałami a konserwatywnymi chadekami, SLD odgrywa raczej rolę niezbyt zorientowanego gapia, niż arbitra czy podmiotu. W takim sporze dzielącym cały kraj, trzeba albo stanąć po którejś stronie i to wyraźnie, albo traci się poparcie ich obu. Mizerne notowania SLD na to właśnie wskazują. W takim wypadku jest jeszcze jedno wyjście: stać się alternatywą dla spierających się stron. Mówić o tym, co ważne, a co w debacie PiS-u z Platforma w ogóle nie pada. Nic takiego jednak nie ma miejsca. Sojusz spróbował oprzeć się na hasłach antyklerykalnych, obyczajowych, naśladując premiera Hiszpanii Zapatero. Problem jednak w tym, że Kościół w Hiszpanii kolaborował z faszystowskim reżimem Franco i antyklerykalne nastroje w Hiszpanii były nie porównanie silniejsze niż w Polsce, gdzie opozycja wobec niedemokratycznego reżimu PZPR znajdowała schronienie w kościołach. Sprowadzenie lewicowości do spraw światopoglądowo-obyczajowych sytuuje SLD w nurcie soc-liberalnych partii mieszczańskich. W Polsce, jak pokazują sondaże, zapotrzebowanie na taką partię rzadko sięga 10%. Ktoś bardzo trafnie określił SLD mianem wspólnoty życiorysów, a nie poglądów. Ważnym bowiem spoiwem tego ugrupowania jest wspólna obawa przed ograniczeniem praw obywatelskich czy socjalnych (jak w przypadku zmniejszenia emerytur byłym pracownikom bezpieki) w ramach tzw. dekomunizacji.
    Zawarta z PiS-em koalicja medialna pozwala jeszcze na zachowanie pewnych wpływów w mediach publicznych, ale już media prywatne dopuszczają niektórych działaczy SLD jedynie w charakterze „celebrytów”, nie wymagając i nie oczekując od nich jakichś deklaracji ideowych. W stosunku do obozu „Solidarności” w 1993 r. ugrupowanie Kwaśniewskiego jawiło się jako zwiastun patrzenia do przodu, a nie do tyłu, było nowoczesne tak jak Solidarność była anachroniczna. Dziś atut nowoczesności w pełni przejęła Platforma Obywatelska. SLD każe wychylenie w lewo przypłaca od razu wysyłaniem do lamusa historii jako reliktu komunistycznych siepaczy. Ta „tresura” okazała się skuteczna i ludzie pokroju Ryszarda Kalisza (jeden z potencjalnych kandydatów prezydenckich SLD) występuje w TV w charakterze miłego jowialnego rezonera, który mógłby reprezentować jakąkolwiek partię, a najbardziej wygląda na bezpartyjnego.
    O kryzysie nominalnej lewicy świadczy fakt, iż niezwykle zaciekły i publiczny pojedynek toczą ze sobą dwaj młodzi politycy całkowicie pozbawieni charyzmy swoich historycznych poprzedników w rodzaju Millera, Kwaśniewskiego czy nawet Józefa Oleksego. Siłą SLD w poprzednim okresie było rozgrywanie walki o władzę w zaciszu gabinetów. Tryumfalny powrót do partii Millera, skazanego poprzednio na banicje, pokazuje, że SLD woli żyć wspomnieniami świetnej przeszłości.
    Pobieżna analiza sceny politycznej pokazuje, ze konsekwentne głoszenie haseł socjalnych na poziomie europejskiej socjaldemokracji z wyłączeniem „trzeciej drogi” Schroedera i New Labour mogłoby przynieść partii duże sukcesy. Zwłaszcza, że wystarczy wskazać na rozwiązania socjalne, które jeszcze realnie funkcjonują w krajach starej Unii, aby uwiarygodnić tego rodzaju program reform społecznych. Co więc sprawia, że partia Napieralskiego okopała się na pozycjach partii obyczajowo antyklerykalnej i na nich trwa? Częściową odpowiedź na to pytanie dał kiedyś Krzysztof Janik, wpływowy polityk SLD, który na pytanie dlaczego SLD nie zajmuje się biednymi, odpowiedział: bo oni nie głosują. Jednak po ostatnich rewelacjach opublikowanych przez UE, z których wynika, że 56% Polskich rodzin żyje w niedostatku, odpowiedź ta traci już swój pragmatyczny wymiar. Bliższe prawdy jest wyjaśnienie natury socjologicznej. Otóż w szeregach i wśród zwolenników SLD bardzo niewielki odsetek stanowią ludzie wykluczeni społecznie bądź takim wykluczeniem zagrożeni. Na parkingu przed konwencją partii zawsze stoi mnóstwo znakomitych samochodów, a sukces finansowy jest równie wysoko ceniony jak w partiach liberalnych. Próżno by się doszukiwać socjaldemokratycznego skrępowania wielkim majątkiem zgromadzonym przez niektórych działaczy. Charakterystyczne, że za czasów, kiedy prawica próbowała wprowadzić podatek liniowy, Marek Borowski kontestował ten pomysł, a działacze średniego szczebla drukowali masowo odezwy popierające tę jedną stawkę podatkową. Borowski był w SLD uważany za liberała, ale najwyraźniej nie dorównywał w liberalizmie „średniemu aparatowi partyjnemu”. Działacze i członkowie SLD mówiąc starym językiem nie są „klasowo słuszni” i myślą raczej jak pracodawcy niż jak pracownicy.
    Doszło już do tego, że w kręgach Sojuszu coraz głośniej się mówi o przystąpieniu do koalicji rządowej z PO po kolejnych wyborach. I nie jest to tylko zrozumiała psychologicznie niechęć do sanacyjnego krzykactwa PiS-u, ale przede wszystkim obawa przed zbyt długim pozostawaniem poza obozem rządowym i wynikającymi stąd możliwościami wzrostu i zachowania siły partii, która gdy nie dostarcza posad traci członków. Oczywiście im bardziej będzie SLD dbać o swoją „zdolność koalicyjną” tym bardziej będzie się ograniczać w swych hasłach i tym słabsza będzie jego polityczna tożsamość.

WIELKA KOALICJA, CZYLI NARÓD ZJEDNOCZONY

    W miarę jak staje się jasne, że fenomen dominacji Platformy Obywatelskiej na scenie politycznej to nie przejściowa koniunktura, lecz twarde realia, myśl polityczna wszystkich pozostałych partii karleje do poziomu zalotników starających się o pannę. Taki defetyzm nie ominął też głównego konkurenta PO, PiS-u. Nowy wizerunek prezesa Jarosława Kaczyńskiego może być, ale nie musi być rezultatem osobistej tragedii i zagrywką wyborczą. W istocie lewica chadecka pokroju zesłanego do Europarlamentu Tadeusza Cymańskiego stanowiła zawsze niewielki odsetek działaczy partii braci Kaczyńskich. Liberałowie w PiS coraz bardziej otwarcie mówią o możliwości odgrzania koncepcji POPiS-u, czyli wielkiej koalicji dwóch partii, które w ostatnich latach zdominowały politykę polską. Niesłychanie łatwo może się okazać, że różnice programowe to tylko odmienna retoryka. Dwie partie polityczne pełniące na rynku politycznym rolę oligopolu mogą utworzyć monopol. Paradoksalnie taki scenariusz może zapobiec urośnięciu Platformy do formy monopartii. Pozorne potyczki nie dotykające na ogół najważniejszych dylematów społecznych i ekonomicznych, mogłyby, bowiem ustąpić miejsca autentycznej walce politycznej z jakąś przyszłą lewica, której PiS zwolniłby miejsce w ławach opozycji. Dla PiS-u to nie najgorsze rozwiązanie, zważywszy, że nie jest on już opozycja posiadającą jakąś wyraźnie odrębną, atrakcyjna wizję Polski. PiS przypomina boksera, który dostał już tyle ciosów, że ulega pokusie tzw. klinczowania, czyli wieszania się i tulenia do przeciwnika.
    Dużo bardziej skomplikowane jest wyobrażenie sobie powodów, dla których na taką koalicję miałby się zdecydować Donald Tusk. Jest oczywiście możliwe, że PSL nie dostanie się do przyszłego Sejmu, a PiS zrobi na tyle duży wynik, że PO samodzielnie rządzić nie zdoła. Wtedy mając do wyboru PiS i SLD, może pójść za głosem swej solidarnościowej przeszłości, czyli za etosem. To bardzo niewygodna koalicja, która z racji różnicy charakterów i temperamentów oraz jednak horyzontów myślowych musi być targana wewnętrznymi konfliktami, odwracającymi uwagę od rządzenia. Jednocześnie byłby to wymarzony prezent dla SLD, gdyby ta potrafiła się zmienić. Ale czynnikiem decydującym może się okazać ta część układanki, która dziś nie należy do sceny politycznej – społeczeństwo.

LEWACY: AWANGARDA CZY EPIGONI?
Po katastrofie smoleńskiej cała klasa polityczna udała się na cmentarze. Każdy poszedł grzebać swoje ofiary. Lewacy poszli na pogrzeb Izabeli Jarugi-Nowackiej, z wyjątkiem Bogusława Ziętka, który wolał udać się na pogrzeb Jerzego Szmajdzińskiego. Dla ugrupowań na lewo od SLD postać Jarugi -Nowackiej była bardzo ważna. Była to osoba z pogranicza. Łączyła lewicowych idealistów ze światem polityki parlamentarnej. Wywodziła się z Unii Pracy, która była w sojuszu z SLD, ale kontestowała nasz udział w wojnie w Afganistanie. Miała poglądy socjaldemokratyczne i to wystarczyło aby bliżej jej było do syndykalistów, działaczy pokojowych, lokatorskich, rewolucyjnych socjalistów, niż do kolegów z ław poselskich z Klubu SLD.
    Tak jak strategią SLD było wygrywanie wyborów i piastowanie funkcji możliwie najbardziej związanych z władzą i tylko w ten sposób wyobrażali sobie swoją polityczną działalność, tak dla działaczy niewielkich ugrupowań sytuujących się na lewo od Sojuszu najważniejsze było działanie zmierzające do budowy zaplecza społecznego z nadzieją na kolejny zryw, bunt społeczny czy wręcz rewolucję. W pół drogi między tymi koncepcjami sytuuje się Polska Partia Socjalistyczna i jej spirytus movens, czyli stowarzyszenie „Młodzi Socjaliści”. Szlify do udziału w grze wyborczej starają się zdobywać w walkach społecznych u boku radykałów. O tyle o ile takie ugrupowania jak Polska Partia Pracy, Nowa Lewica, Lewicowa Alternatywa, Pracownicza Demokracja nie są w stanie odegrać samodzielnie większej roli na scenie politycznej, o tyle doświadczenie zdobywane w walkach pracowniczych i lokatorskich czy akcjach antywojennych pomaga im wykształcić nowe kadry dla przyszłej polskiej lewicy, która wejdzie na scenę stawiając prawdziwe problemy, i poszukując realnych, postępowych rozwiązań. Jednak warunkiem jej uformowania jest mobilizacja społeczna przeciwko polityce prywatyzacji zysków i nacjonalizacji strat. Przeciw równoważeniu budżetu państwa kosztem budżetów domowych większości obywateli. Proces akumulacji i koncentracji kapitału wymusza kryzysy w rodzaju greckiej rewolty i w takiej chwili należy przedstawić alternatywę. Jeżeli jednak społeczeństwo się nie włączy do gry, lewica po prostu nie ma szans powstać. Dalszy wzrost wyzysku i rozwarstwienia społecznego może się odbywać równie dobrze w kompletnej ciszy przy zupełnym zastoju społecznym. A im gorzej się będzie ludziom żyło tym łatwiej będzie ich dyscyplinować i manipulować.
    Miejsce dla lewicy na scenie politycznej zwalnia obecnie zwrot dokonywany przez PiS. Mija być może ten trudny okres, kiedy PiS z braku prawdziwej lewicy wypełniał częściowo jej rolę. Aby z tego skorzystać lewica musi być. To wymaga otwartej debaty z udziałem zarówno radykałów jak i pragmatyków.
    Niestety, establishment, główni gracze medialni typu TVN, Adam Michnik wiedzą, że w kraju takim jak Polska rośnie zapotrzebowanie społeczne na lewicę. I oni ją już przygotowują. Postawili na grupę młodych inteligentów z kręgu czasopisma „Krytyka Polityczna”. To szczodrze finansowane, na wskroś elitarne przedsięwzięcie ma raczej zapobiec lewicowemu radykalizmowi zwłaszcza w młodym pokoleniu i sprowadzić debatę na poziom metajęzyka, który bardzo słabo dotyka społecznej rzeczywistości. Dlatego zainicjowanie autentycznej debaty z udziałem lewicowych działaczy społecznych i czynnych polityków jest sprawą pilną i najwyższej wagi.
    Kapitalne znaczenie ma tu język, w którym się rozmawia. Milcząca większość, która nie chodzi na wybory, bo nie ma swojej partii jest szczególnie wyczulona na to czy osoba głosząca jakieś poglądy publicznie rozumie, zna, czuje ich sytuację. Tego akurat nie można nauczyć się z książek, to się nabywa w codziennym działaniu środowiskach ludzi zagrożonych wykluczeniem społecznym. Dopiero połączenie wiedzy książkowej z wiedzą empiryczną społecznego działacza kształtuje polityka lewicy, który jest wiarygodny i którego przybycie pod zakład pracy przed ranną zmianą nikogo nie zadziwi. „Samoobrona” jako ruch społeczny zdołała przekonać do udziału w głosowaniu bardzo duży odsetek ludzi, którzy wcześniej nie głosowali, bo nie mieli swoich kandydatów. Żeby lewicę w Polsce odrodzić trzeba spróbować tego samego. Uruchomić uśpiony elektorat socjalny. To nie przypadek, że wszystkich badań wynika, że instytucje unijne cieszą się w Polsce większym zaufaniem społecznym niż własny rząd i Parlament. Ludzie wierzą w Unię, bo kojarzy im się ona z państwem dobrobytu i do tych aspiracji powinna się odwołać lewica. W Polsce roku 2010 na miano lewaka można zasłużyć domagając się zwiększenia progresji podatkowej. „Lewactwem” jest więc próba równania do rozwiązań socjalnych i podatkowych państw „starej Unii”.



LEWICA, SZUKANIE MODELU
Upadek obozu socjalistycznego zrodził, potrzebę budowania na nowo tożsamości lewicowej. Jak się okazało etos lewicy zdruzgotany na Wschodzie przetrwał tylko na Zachodzie Europy. Polska lewica jak i lewica we wszystkich dawnych krajach demokracji ludowej musi więc szukać inspiracji w starej Europie. Nie tak niezdarnie i mechanicznie jak czynił to Grzegorz Napieralski, który ogłosił się nowym Zapatero, ale poprzez współpracę i dyskusję choćby o przyszłości Unii Europejskiej. Hasło Europy socjalnej może się okazać w Polsce niezwykle nośne, jeżeli uda się pokazać opinii publicznej pozytywne różnice między polskim wolnorynkowym barbarzyństwem a zachodnimi przejawami państwa socjalnego. Mimo wielu zmian na gorsze różnice te są na tyle duże, że po zapoznaniu się z prawem lokatorskim w Niemczech piszący te słowa na alterglobalistyczne hasło „ Lepszy świat jest możliwy” mógł śmiało stwierdzić: I ja go widziałem”.
    Miliony głównie młodych ludzi uciekło od cudu gospodarczego Donalda Tuska do miejsc gdzie za zarobek można było popłacić rachunki najeść się i jeszcze coś tam zostawało w kieszeni. Dla tych ludzi był to szok. Tak jak szokiem jest istnienie ruchu związkowego, praw pracowniczych czy zasiłków z pomocy społecznej, które nie są wyłącznie symboliczna jałmużną. Wyjechali, bo w Polsce nie było dla nich pracy, mieszkań, perspektyw. Gdyby nie otwarcie rynków pracy w krajach UE, gdyby musieli zostać byliby pewnie zaczynem gwałtownych pozytywnych zmian w kraju, a tak przyczynili się do wzrostu gospodarczego Irlandii czy Anglii. Ta część, która powróci przyniesie z sobą już inną mentalność, inne aspiracje, bardziej europejskie, nowoczesne, postępowe. Równie ważne jest to, że łatwiej im będzie odrzucić zaściankowy nacjonalizm, zamienić sztuczną narodową wspólnotę żałobników i powodzian na wspólnotę opartą na wspólnych interesach, wspólnotę wyzyskiwanych i uciskanych. Tylko taka zmiana perspektywy pozwala jasno dostrzegać linie podziału i kreować lewicową politykę.
    Obok perspektywy socjaldemokratycznej, w której punktem odniesienia są różnice modelu kapitalistycznego w różnych krajach UE, jest jeszcze perspektywa alterglobalistyczna, czy po prostu socjalistyczna, która każe kwestionować kompromis waszyngtoński, giełdę, spekulację. Zwłaszcza w obliczu kolejnych kryzysów, jakie ten system powoduje. Aby jednak taką debatę można było otworzyć, konieczne jest pojawienie się w zbiorowej świadomości lewicy, jako alternatywy politycznej i społecznej.
    Wreszcie istnieje jeszcze jeden niezwykle istotny punkt odniesienia. Są to procesy społeczne i polityczne zachodzące w Wenezueli i innych krajach Ameryki Łacińskiej. Z jednej strony pokazują żywotność i nośność ideałów lewicy. Z drugiej zaś pokazują próbę wyrwania się z neokolonialnej zależności całego wielkiego obszaru świata. Tożsamość polskiej i europejskiej lewicy musi się bowiem kształtować również na poziomie analizy globalnego systemu kapitalistycznego i wszelkich prób przełamania jego logiki.
    
POLITYKA ZAGRANICZNA
Rok 2010 to także rok rozmieszczenia w Polsce pocisków amerykańskich typu Patriot. Powstaje amerykańska baza wojskowa. Opcja pro atlantycka zdominowała całkowicie całą klasę polityczną i tylko społeczeństwo ma dość rozsądku, aby potępiać nasz udział w obu amerykańskich wojnach napastniczych w Iraku i Afganistanie. Nie wolno jednak zapominać, że to rząd Donalda Tuska wycofał polskie wojsko z Iraku, a rząd SLD je tam wysłał. Polacy w kwestiach międzynarodowych stali się na wskroś europejscy i wolą trzymać z Europą niż z USA. Jednak opinia amerykańskiej V kolumny w UE przylgnęła już do Polski na stałe, a rozmieszczenie Patriotów tak jak i skandal z torturowaniem więźniów CIA na naszym terytorium tylko te opinie umocnił. Rosyjska reakcja na tragedię smoleńską i późniejsze uczciwe wypowiedzi prezydenta Miedwiediewa na temat Katynia w znacznym stopniu przyczyniły się do ocieplenia stosunku polskiego społeczeństwa do Rosji i Rosjan. Tu znowu koncyliacyjna polityka PO okazała się zręczniejsza, a późniejsze łagodzenie tonu przez Kaczyńskiego było już tylko doganianiem lidera Platformy. Ciekawe jest natomiast, że ok. 80% ankietowanych opowiada się za tym, aby Polska udzielała pomocy rozwojowej krajom biednym. To kolejny objaw europeizacji świadomości, wychodzenia z zaścianka nacjonalizmu.
     Wciąż jednak największym problemem jest udział Polski po stronie USA w tzw. wojnie z terroryzmem. To jeszcze jeden objaw całkowitej alienacji partii politycznych zasiadających w Parlamencie od społeczeństwa. W tej sprawie obowiązuje konsensus miedzy wszystkimi partiami parlamentarnymi. Zgadzają się one, żeby wbrew opinii zdecydowanej większości społeczeństwa ( ponad 80%) kontynuować udział w okupacji Afganistanu. W tej sprawie, zresztą nie tylko w Polsce, opinia publiczna, demokracja okazuje się bezsilna.
    Nie jest też zupełnie jasne, jakie będą priorytety przyszłorocznej polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. Kryzys strefy euro będzie od nas wymagał uwagi, choć Polska sama jest na rozdrożu w sprawie przystąpienia do wspólnej waluty, a przebywający niedawno komisarz ds. rozwoju doradzał długi namysł, gdyż możliwość prowadzenia polityki kursowej daje jak na razie Polsce dużą przewagę nad krajami, które cierpią z powodu deficytu budżetowego części uczestników strefy euro. W tej sprawie znów brakuje wyraźnego stanowiska SLD. Oprotestowanie dzisiaj wejścia do mechanizmu, który nie chroni, wbrew zapowiedziom przed wstrząsami, a odbiera wpływ na własną gospodarkę, byłoby z pewnością jednym z tych posunięć, które lewicę nominalną zbliżyłyby do standardu lewicy realnej. W przeciwnym razie trzeba się zadowolić rolą echa.

KAMPANIA PREZYDENCKA: KARŁY I GIGANCI

Kiedy się ogląda wpływowy program informacyjny TVN24 i jego blok wyborczy „Czas decyzji” to można zobaczyć wielkie wizerunki czterech kandydatów: Bronisława Komorowskiego, Jarosława Kaczyńskiego, Waldemara Pawlaka i Andrzeja Olechowskiego. Taka obecność w półgodzinnym programie na wizji to znakomita reklama wyborcza i do tego bezpłatna. W tym gronie nie ma lidera opozycyjnej partii parlamentarnej SLD Grzegorza Napieralskiego, A jest kandydat egzotyczny Andrzej Olechowski popierany przez nieistniejąca tak naprawdę partię z głębokiego PRL-u Stronnictwo Demokratyczne. Kandydaci SLD i PiS zostali mianowani gigantami przez media, a potwierdzają tę nominację sondaże. W jednym z nich Waldemar Pawlak, wychodzący z niebytu Andrzej Lepper i pogrążający się w niebycie Olechowski mają po 3%. Olechowski najprawdopodobniej wkrótce, wobec niespodziewanie niskich notowań wycofa się z wyścigu, a powód, dla którego stratuje dziennikarze komentują jako „kaprys”. Waldemar Pawlak jak przystało na lojalnego koalicjanta nie prowadzi kampanii, żeby broń Boże nie uszczknąć głosów Komorowskiemu. Tymczasem marszałek Sejmu, pełniący obowiązki prezydenta znakomicie dopasował się do projektu ograniczenia władzy prezydenckiej autorstwa Donalda Tuska i ogranicza się jak może. Tego samego nie można jednak powiedzieć o jego stronnikach, którzy porównują stracie w kampanii do wojny domowej. Ale mimo drażnienia harcowników Jarosław Kaczyński pozostaje niewzruszony w swej żałobie. Ktoś bardzo trafnie zauważył, że im mniejsze szanse ma dany kandydat tym bardziej rzeczowo i merytorycznie się wypowiada. Niestety zwykle do pustych krzeseł, bo dziennikarze i publiczność kłębią się przy opowiadających same komunały „gigantach”. Takim merytorycznym kandydatem jest prawicowy fundamentalista oraz idealista, Marek Jurek. Były marszałek z nadania PiS opuścił partię i Parlament, żeby z pryncypialnych powodów bronić życia dzieci nienarodzonych. Poza tym zyskał sobie sympatię jako kulturalny polemista i w ogóle człowiek inteligentny. Jego Prawica Polska zbyt mało różni się od PiS, żeby wejść do gry parlamentarnej. Zaprzeczeniem taktu i galanterii jest ubrany w muchę Janusz Korwin-Mikke. Jest on zadeklarowanym wrogiem demokracji to jest konsekwentnym monarchistą i libertarianinem. Skrajność tych poglądów, opartych darwizinizmie społecznym mogłaby wywołać uśmiech gdyby nie fakt, że pod jego wpływem pozostaje znaczna grupa młodej kadry, która dziś robi karierę w aparacie państwowym i samorządowym PO. Na drugim biegunie występuje jedyny kandydat radykalnej lewicy, Bogusław Ziętek, będący jednocześnie przewodniczącym Wolnego Związku Zawodowego „Sierpień 80” oraz Polskiej Partii Pracy. Ten lider związkowy i partyjny do niedawna odżegnujący się od liberałów z SLD wykonał w czasie kampanii kilka pojednawczych gestów pod adresem Grzegorza Napieralskiego. Jego start tłumaczy się potrzebą prezentowania stanowiska lewicy społecznej. Jednocześnie jak inne, pomniejsze ugrupowania próbuje on zwrócić uwagę opinii publicznej, aby w nadchodzących wyborach samorządowych zdobyć trochę mandatów.
    Dysproporcja ujawniająca się tak w kampanii jak na scenie politycznej jest jednak tak wielka, że nawet kandydaci drugiego rzędu, Pawlak i Napieralski osiągają bardzo niskie notowania, a ci z dalszego planu mogą nie osiągnąć nawet jednego procenta poparcia. Należy więc przyjąć zasadę olimpijską „liczy się sam udział”. Na razie kampania jest zdominowana spekulacjami na temat terminu wyborów, bo zależy on od tego czy premier ogłosi stan klęski żywiołowej. W takim wypadku kampania musiałaby potrwać dodatkowe trzy miesiące, co musiałoby znudzić i tak już znużoną publiczność. Jednak na ogłoszeniu stanu klęski zależy powodzianom, którym mogłoby to przynieść wymierne korzyści. Premier mimo to nie poddaje się żywiołowi i nie chce słyszeć o przesuwaniu wyborów. Sytuacja, w której to czy jest klęska żywiołowa czy nie zależy od tego, kiedy mają się odbyć wybory jest nieco kłopotliwa, ale PO ma tak dużą przewagę sondażową, że z pewnością i to przetrzyma.
    Zwycięstwo Kaczyńskiego, choć mało prawdopodobne, mimo iż jego notowania na fali współczucia po stracie brata i krążących wśród ciemnego ludu teorii spiskowych wzrosły znakomicie powyżej najlepszych notowań Lecha, może powstrzymać PO przed zagarnięciem całej władzy. Byłaby to również przestroga dla rządzących, że musza się nieco bardziej liczyć z opinią publiczną, albo jeszcze sprawniej ją urabiać. Dla samego PiS to jednak nie tylko odzyskanie stanu posiadania, ale i kłopot, bo następnego Kaczyńskiego, który by pod nieobecność Jarosława kierował partią już nie ma. Ci jednak, którzy sądzą, że prezydent Jarosław Kaczyński będzie wetował liberalne reformy z równą konsekwencją, co jego nieżyjący brat mogą się srodze zawieść. Wygląda na to, że tak jak Lech Kaczyński był profesorem prawa pracy i człowiekiem zasad tak Jarosław to przede wszystkim polityk i to zdolny do wszystkiego. Nawet do POPiS-u.
    Co natomiast z punktu widzenia lewicy oznaczałaby pełna władza w rękach Platformy Obywatelskiej? Zwycięstwo Komorowskiego oznacza, że otwarta byłaby droga do zmian konstytucyjnych. Realizacja długo kamuflowanego programu skrajnych przemian neoliberalnych byłaby otwarta. Podatek liniowy, zamrożenie progów dochodowych uprawniających do świadczeń społecznych, wydłużenie wieku emerytalnego, ostateczna prywatyzacja służby zdrowia i szkolnictwa. Sytuacja ludzi, do których tradycyjnie zwraca się lewica i których powinna reprezentować jeszcze bardziej by się pogorszyła. I nie oznacza to wcale jak chcą naiwni, że musiałoby to skutkować buntem. Jeszcze częściej bywa tak, że im gorzej tym gorzej. Ludzie walczący o kawałek chleba nie mają głowy do polityki i rzadziej się buntują. Zwłaszcza, że teraz, inaczej niż w epoce industrialnej żyją skazani na bycie w bardzo małych grupach zwykle tylko w otoczeniu najbliższej rodziny.
     Wiele jednak zależy od koniunktury gospodarczej. Dotychczasowy kryzys zaczyna już dotykać polską klasę średnią. Wyborcy PO też są zwalniani. A deklasowana klasa średnia udowodniła wiele razy w historii, że nie poddaje się bez walki. Dobrze rozumie to premier Donald Tusk, bo do tej grupy postanowił zaadresować środki budżetowe. To klasa średnia korzysta z dopłaty do oprocentowania kredytów hipotecznych w ramach programu „Rodzina na swoim” i to przedstawiciele tej klasy mogą liczyć, że gdy stracą pracę rząd przez rok będzie płacił za nich raty kredytu hipotecznego. W przypadku głębszej zapaści gospodarczej to może jednak nie wystarczyć. Wtedy przyjdzie czas sięgnięcia po jedyne dostępne rezerwy, po większą redystrybucję budżetową dochodu narodowego. To może być czas lewicy, jeżeli będzie gotowa intelektualnie i politycznie. Od początku transformacji ustrojowej miał miejsce ciągły proces zmniejszania udziału budżetu w rosnącym dochodzie narodowym. Udział warstw niżej uposażonych w podziale dochodu malał zatem i nadal maleje.

KRYZYS SPOŁECZNY
Zasadnicze znaczenie dla rozwoju sytuacji na polskiej scenie politycznej może odegrać nasilający się kryzys społeczny. Ten kryzys to cena, którą obecna władza chętnie płaci za to by móc się pochwalić wzrostem PKB. Polacy mają najdłuższy czas pracy w Europie i jeden z najdłuższych na świecie. Oficjalnie są to 42 godziny tygodniowo, ale 46% ankietowanych pracowników odpowiada, że pracują dłużej niż 8 godzin dziennie. W budownictwie, handlu, usługach, rolnictwie praca po kilkanaście godzin na dobę jest normą. Godziny przepracowane z pogwałceniem norm prawa pracy (szczególnie nagminne w firmach ochroniarskich) nie są opłacane, a dodatkowy czas pracy jest wymuszany groźbą zwolnienia. Tak wydłużony czas pracy przyczynił się do wzrostu wydajności, co sprawiło, że wydajność od początku transformacji w Polsce rosła szybciej niż w innych krajach bloku wschodniego. W znaczącym stopniu do dynamiki wzrostu przyczyniają się ci najbardziej wyzyskiwani, czyli pracownicy pracujący bez umowy, na czarno. Według różnych szacunków jest ich od 15 do 21% (czyli 5 milionów osób) siły roboczej.
Pracownicy są zmuszeni do pracy nie tylko w wydłużonym czasie, ale i za bardzo niskie wynagrodzenie. Tania, zdyscyplinowana siła robocza o stosunkowo wysokich kwalifikacjach przy minimalnym (znów jednym z najniższych w Europie) poziomie uzwiązkowienia, daje wzrost, pozwala stawiać czoło kryzysowi gospodarczemu, za cenę poważnego kryzysu społecznego, który zaczął się nie wraz z upadkiem Lehman Brothers, lecz z upadkiem realnego socjalizmu (w latach 1990-1993 przeciętne zatrudnienie zmniejszyło się o 3 mln osób). Przeciętna stawka godzinowa za pracę w Polsce jest niższa niż w Brazylii, a płaca minimalna jest dwukrotnie niższa niż w Wenezueli.
Niskie płace, zwolnienia grupowe, wycofywanie się państwa z jego opiekuńczej roli, likwidacja funduszy spożycia zbiorowego i malejący udział procentowy budżetu w PKB, to zjawiska okresu transformacji, które zaowocowały dezindustrializacją i darwinizmem społecznym w stylu amerykańskim. Notowany w Polsce wzrost gospodarczy ma charakter bezzatrudnieniowy i jest efektem wyzysku, a nie powstawania nowych miejsc pracy. W dyskusjach toczonych przez polska lewicę w latach 90. często przewijała się obawa, że wejście naszego kraju do UE spowoduje erozję socjalnych funkcji państwa dawnej Unii za pomocą mechanizmu dumpingu społecznego. Jednak wraz z otwieraniem się rynków państw zachodnich na polską siłę roboczą obawy te osłabły. Przeciwnie, dał się zauważyć pewien trend pozytywny na polskim rynku pracy, na którym zaczęło brakować wykwalifikowanych pracowników, zwłaszcza w budownictwie. Jednak ta chwila nie trwała nawet roku. To było coś w rodzaju krótkiej wiosny za kręgiem polarnym, po której powróciła sroga, bezwzględna zima i spiżowe prawo płac. Wieść o kryzysie gospodarczym sprawiła, że firmy przystąpiły do zwolnień grupowych, mimo iż nie zanotowały spadku sprzedaży, ale tak na wszelki wypadek. Gwałtowny wzrost bezrobocia, powrót części emigrantów zarobkowych zaostrzył kryzys na rynku pracy i pozwolił pracodawcom powrócić do starych XIX-wiecznych praktyk z okresu poprzedniego.
Na porządku dziennym jest zwalnianie pracowników za jakiekolwiek próby powoływania organizacji związkowych. I nawet po wygranych procesach w sądach pracy kończy się na symbolicznym odszkodowaniu, zamiast przywrócenia do pracy. Równocześnie rządząca liberalna koalicja wprowadziła zmianę w kodeksie pracy, która w przypadku przegrania procesu przed sądem pracy, nakłada na pracownika koszty adwokata wynajętego przez pracodawcę. Rząd podjął też inicjatywę ograniczenia roli i praktycznie zlikwidowania mniejszych, bardziej bojowych związków zawodowych. Ponieważ związki najbardziej masowe są już dawno „oswojone” przez pracodawców i politycznie uwikłane, może to doprowadzić do dalszego pogorszenia sytuacji pracowników.
Polski kapitalizm jest bardzo mocno ideologicznie zakotwiczony w umysłach swoich ofiar. Większość Polaków za swoje niepowodzenia skłonna jest winić siebie, a nie system, pracodawców, politykę państwa. Biedni Polacy sprzeciwiają się opodatkowaniu najbogatszych, bo nauczono ich się z nimi utożsamiać. Leszek Balcerowicz, likwidator polskiego górnictwa, który uwolnił wszystkie ceny, poza ceną węgla, która pełniła rolę kotwicy antyinflacyjnej (wytwarzając w ten sposób mylne wrażenie, że górnictwo jest nierentowne), otrzymał na robotniczym Śląsku rekordową ilość głosów w wyborach powszechnych. Jakby w nagrodę za likwidację setek tysięcy miejsc pracy w regionie. Dziś, w dobie wyczerpywania się światowych zasobów źródeł energii, już wiadomo, że doprowadzenie do zamknięcia dziesiątek kopalń węgla kamiennego było błędem. Było też pierwszym poligonem doświadczalnym w dzieleniu i napuszczaniu na siebie różnych grup społecznie upośledzonych. Odprawy górnicze, za które nie stworzono (bo nie dało się stworzyć) żadnych miejsc pracy, posłużyły do tego, aby na zwalnianych górników naszczuć ludzi pogrążonych w jeszcze większej nędzy i pauperyzacji. W pobliżu zamykanych kopalń dealerzy popularnych marek samochodów otwierali salony, by znów je zamknąć, gdy pieniądze z odpraw górniczych się skończyły. Dramatyczną sytuację tej grupy zawodowej podkreśla ostatnia katastrofa w Kopalni „Wujek” Ruda Śląska. Przy okazji wybuchu metanu, który pozbawił życia 15 górników, a kilkudziesięciu innych poważnie ranił, wyszło na jaw, że górnicy na polecenie dozoru fałszują nagminnie odczyty czujników metanu. Pytani, dlaczego nikt o tym nie meldował odpowiednim władzom, odpowiadali szczerze: z obawy przed zwolnieniem z pracy. Podobny skandal z czujnikami miał miejsce w 2007 r. przy okazji jeszcze tragiczniejszej katastrofy w Kopalni „Halemba”. Górnicy, pozbawieni należnej ochrony związkowej ryzykują życie i giną w obawie przed utratą pracy. To już obraz opisywany raczej przez Emila Zolę w Germinalu niż kolejna część „Człowieka z żelaza”. Polski model kapitalizmu wyklucza istnienie polityki społecznej. Wprawdzie nie posunięto się jeszcze tak daleko jak prezydent Kolumbii Uribe, który resorty pracy i zdrowia po prostu zlikwidował, ale kurs na likwidację widoczny jest na każdym kroku. Ministerstwo Pracy szacuje, że stopa bezrobocia w lipcu 2009 r. wzrosła do 10,8%. Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy w końcu czerwca 2009 r. wyniosła 1 mln 658 tys. zarejestrowanych osób bez pracy, z czego aż 1 mln 390 tys. nie ma prawa do zasiłku (83%). Liczba ofert pracy zgłoszonych przez pracodawców do urzędów pracy w lipcu 2009 r. wyniosła 78,2 tys. Ministerstwo Gospodarki szacowało, że do końca roku stopa bezrobocia wzrośnie do 12%. Zasiłek jest stały, a nie powiązany z wcześniejszymi zarobkami czy kosztami życia. W Polsce podstawowa kwota zasiłku wynosi 551,8 zł brutto i nie będzie w najbliższym czasie wyższa w sytuacji rosnącego bezrobocia. Okres pobierania zasiłku wynosi od 6 do 12 miesięcy w regionach o wyższym bezrobociu. A to tylko dane oficjalne. Nieoficjalnie wiadomo, że bezrobotnych jest o wiele więcej. Niechęć do rejestracji wynika z braku uprawnień do zasiłku. Urzędy korzystają z każdej okazji, aby poprawić sobie statystyki i skreślają z ewidencji tych, którzy się w porę nie zameldują, albo nie podejmą pracy, do której kieruje urząd. Zwykle są to oferty skandalicznie niekorzystne. Dość powiedzieć, że do stałych praktyk należy wywieszanie ofert i kierowanie bezrobotnych do pracy na czarno. Oczywiście większość bezrobotnych bez prawa do zasiłku i duża część tych z prawem pracuje na czarno, żeby nie umrzeć z głodu i nie stracić dachu nad głową.
Nie istnieje bowiem żadna praktyka, która powstrzymywałaby nieuchronny mechanizm, który człowieka dotkniętego zwolnieniem z pracy skazuje na eksmisję z mieszkania. A wielkie problemy z płaceniem czynszu mają również osoby zatrudnione na tzw. umowy śmieciowe (cywilnoprawne) bądź po prostu za najniższą płacę, albo na czarno za płacę jeszcze niższą. Rodziny wielodzietne. Samotni rodzice, itp.



DLACZEGO NIE MA LEWICY?
Na Zachodzie Europy, tam gdzie lewica jeszcze jest, odbywały się masowe strajki. Ludzie są przyzwyczajeni do tego żeby walczyć o swoje prawa. Wychodzić na ulicę, strajkować. Wielu działaczy było objętych zakazem wykonywania zawodu z powodu swoich komunistycznych poglądów. Tymczasem działacze i członkowie naszego SLD byli przyzwyczajeni, że wewnątrz struktur państwowych i partyjnych można zrobić karierę. Jest to więc zasadnicza różnica biografii.
Zjawisko braku liczącej się lewicy godnej tej nazwy jest tym dziwniejsze, że społeczeństwo wciąż wykazuje wyraźne inklinacje socjalistyczne. Większość ankietowanych opowiada się za bardziej równym, sprawiedliwym rozkładem dochodów. Udowodnił to zresztą PiS wygrywając wybory pod hasłami lewicowymi i socjalnymi. Dla wielu ludzi starszych i w średnim wieku czas Polski Ludowej to czas jeżdżenia na urlopy, nad morze, w góry. I prawie wszyscy wiedzą, że czas urlopów się skończył, że już nie wróci. Sojusz Lewicy Demokratycznej często robił do wyborców oko, że jest z PRL, żeby dobrze się kojarzyć, ale nigdy nie podjął najmniejszej nawet próby ocalenia bądź przywrócenia jakiegokolwiek uprawnienia socjalnego, które teraz uprzywilejowana pod każdym względem elita okrzyknęła przywilejami.
Jednocześnie, co szczególnie chętnie podnosił zawsze Ryszard Bugaj, przy „okrągłym stole” elity solidarnościowe zdecydowały, że lewicy ma nie być, jest niepotrzebna. Więc powierzy się tę role postkomunistom i to było dla prawicy najlepsze rozwiązanie. W kraju gdzie Kościołowi oddaje się budynki użyteczności publicznej na podstawie średniowiecznych tytułów własności, Polskiej Partii Socjalistycznej nigdy nie zwrócono jej majątku skonfiskowanego po przymusowym wcieleniu partii do PZPR. W Czechach tamtejsza socjaldemokracja odzyskała majątek, co pozwoliło jej uczestniczyć na równych zasadach w życiu politycznym. Pozbawiona środków PPS była niejako zmuszona do zawarcia koalicji z SdRP, za co w końcu zapłaciła cenę politycznego niebytu, z którego bardzo trudno ją będzie wydobyć.
Jest też pewna prawidłowość historyczna. Kraje, które wychodzą z komunizmu przeżywają historyczny zwrot w prawo, a te, które jak Portugalia czy Hiszpania wychodzą z faszyzmu idą w lewo. Ideologiczne zacietrzewienie będące pochodną tego „historycznego wahadła” jest tak wielkie, że w podręczniku do historii dla klasy IV szkoły podstawowej pisze się, że podczas okupacji hitlerowskiej zginęły w Polsce tysiące ludzi. A wszystko po to, żeby liczba ta nie wyglądała na większą niż liczba ofiar katyńskich. Na lekcjach podstaw przedsiębiorczości w liceum uczy się młodych ludzi, że bezrobotni to tacy ludzie, którym się nie chce pracować. W art. 13 Konstytucji zrównuje się komunizm z faszyzmem, a do kodeksu karnego wprowadza zakaz noszenia i wystawiania na widok publiczny tradycyjnych symboli ruchu robotniczego.
Teraz, kiedy zamiast kampanii prezydenckiej przez ekrany telewizorów przelewają się hektolitry wody z fali powodziowej warto przypomnieć, że do ostatniej chwili SLD liczyło, że jego kandydatem będzie Włodzimierz Cimoszewicz, polityk niezwykle popularny i co ważniejsze lubiany i publicznie chwalony przez premiera Donalda Tuska. Mówiło się też, że rząd Platformy nie pozwoli „takiemu talentowi” się marnować i złoży mu propozycję objęcia ważnej funkcji państwowej.  Ten pupil mediów i rządzących liberałów musi sobie chyba jednak gratulować decyzji nie wzięcia udziału w wyborach, bo wielka powódź niechybnie sprawiłaby, że wróciłyby do niego jak bumerang słowa wypowiedziane do powodzian podczas powodzi w 1997 r. kiedy to Cimoszewicz był premierem i stwierdził, że powodzianie sami są sobie winni, bo „trzeba się było ubezpieczyć”. Taka powódź to znakomita okazja dla premiera do bycia w przeciwdeszczowym płaszczu i kaloszach wszędzie tam gdzie wprawdzie potrzebni są raczej strażacy, a nie premier, ale gdzie wygląda się znakomicie jako ofiarny i współczujący polityk, który żyje życiem swego narodu. W tych relacjach to już nie powodzianie są bohaterami relacji, lecz zaledwie tłem bohaterskiego premiera i dobrego gospodarza.
To nowy rodzaj polityki. Polityki wizerunkowej. Wyzutej z jakichkolwiek treści merytorycznych. Takie występy umacniają przeświadczenie, że wybory to rodzaj castingu, w którym obsadzamy role współczujących, czułych, dobrych, odważnych prezydentów, ministrów, włodarzy miast. Póki społeczeństwo jest bierne, apatyczne, bezwolne, wygrywać będą ci lepiej obsadzeni w swoich rolach. Ku wielkiemu zainteresowaniu mediów ekscentryczny poseł Palikot ogłosił, że od teraz będzie już grał polityka dobrego i poważnego.


CO Z TEGO WYNIKNIE
Niezależnie od tego czy na scenie parlamentarnej, poważnej polityki zostaną się dwie, trzy czy cztery partie, wszystkie one pozostaną wirtualne, odizolowane od tkanki społecznej, impregnowane na realia, którymi żyje przeciętny obywatel. Nie należy też oczekiwać, aby ich sposób rządzenia się jakoś od siebie poważnie różnił. Wybory więc dotyczą tego, kto dalej będzie czynił prawie dokładnie to samo co jego poprzednik. Wybieramy między osobami, a nie między programami. Programów nikt nie czyta, a nawet nie udaje, że prezentuje. Kiedy w warunkach dostojnej ciszy po katastrofie nie wypada każdego występu publicznego poświęcać obrzucaniu błotem konkurencji, politycy zamilkli i nie bardzo wiedza jak się zachować. Gdyby któryś z nich zaczął z przejęciem mówić coś o gospodarce czy reformie służby zdrowia osłupiałby cały kraj. Ale nie będzie takich niespodzianek. Debaty, o ile do nich dojdzie będą zwykłą, choć nieco bardziej powściągliwą wymianą złośliwości. Na razie główni pretendenci grają w dziecinna grę: Kto się pierwszy odezwie ten trąba!” Próby dalszego ograniczenia i tak już skromnego pluralizmu na scenie politycznej idą w kierunku zmiany ordynacji na większościową. Mniejszym partiom jest już i tak trudno się przebić w okręgach o mniejszej liczbie mandatów. Gdy jednak wprowadzone zostaną okręgi jednomandatowe, na placu boju pozostaną góra dwie partie. Teraz swej reprezentacji nie ma milcząca większość, która nie mogąc się zidentyfikować ze wstępującymi w szranki partiami nie bierze udziału w głosowaniu. Ordynacja większościowa sprawi dodatkowo, że nie będą reprezentowani ci, którzy głosowali na mniejsze partie.
Innym pomysłem mającym ograniczyć rolę wszystkich partii poza Platformą Obywatelską jest równie populistyczny jak ordynacja większościowa pomysł, aby zrezygnować z finansowania partii politycznych z budżetu. Wiadomo, że partia rządząca nawet bez dotacji może liczyć na „przychylność” biznesu, a pozostali będą musieli robić oszczędnościowe kampanie, które w dobie polityki opartej na PR, muszą zakończyć się klęską.
Kampanie wyborcze to jedyny moment, kiedy mniejsze ugrupowania, a przede wszystkim mniej znane mogą się zaprezentować. Taka jest jednak tylko teoria. Od dłuższego czasu kampanie toczą się w różnych klasach. W klasie biznes prezentują się główni pretendenci pozostali muszą się zadowolić tym, że stłoczeni siedzą w klasie turystycznej. Szansa, że któryś z kandydatów skrzyżuje szpady z Kaczyńskim czy Komorowskim jest bardzo nikła. Skąd więc wyborcy mają wiedzieć na kogo głosować? Skoro ten wielki wyniośle milczy, a tego malutkiego nie dopuszczają do głosu? Polityczna kontrola nad miediami publicznymi i prywatnymi przez gigantów powoduje sytuacje, w której spot reklamowy partii trudno odróżnić od bieżącego programu. Szczytem szczytów była kręcona zaraz po katastrofie smoleńskiej arcydługa relacja sprzed pałacu prezydenckiego, w której rolę przechodniów odgrywali zawodowi aktorzy. Ludzie w rezultacie głosują na tych kandydatów, których chwali ich ulubiony program lub prezenter telewizyjny.  Ta mediokracja daje właścicielom stacji telewizyjnych władzę porównywalną z ministrami i prezydentami. Taka właśnie władza chroni wciąż łamiącego prawo Silvio Berlusconiego przed odpowiedzialnością.
Moment, w którym Platforma Obywatelska przejęła kontrolę nad nawą państwową był jednocześnie chwilą, w której PR zdominował całą polską politykę. Posiadanie merytorycznej racji stało się sprawą drugorzędną. Politycy stali się celebrytami, domownikami, naszymi bliskimi, których się widuje nieporównanie częściej niż starą matkę czy ojca. Co sprawiło, że ich tak kochamy? Dlaczego im wierzymy, choć zawód polityka jako taki mamy w głębokiej pogardzie? To zbiorowy syndrom sztokholmski. Zbiorowe zauroczenie. Kiedy się jest z kimś tak blisko i często, to łatwo się z nim utożsamić, jak z bohaterami ulubionych seriali.
Ten model zbiorowej hipnozy przełamie ten, kto zdoła oderwać ludzi od telewizorów. I to będzie z pewnością ktoś lewicowy. Można się oczywiście nie zgadzać z pełnymi wściekłości i gniewu wystąpieniami Greków, ale jedno trzeba przyznać: za dużo telewizji to oni ostatnio nie oglądają. A od tego, nie oglądania, jak wiadomo, zwykle się mądrzeje.

Piotr Ikonowicz


Zmieniony ( piątek, 18. czerwiec 2010 11:33 )
 

Przeczytaj

O nas - Français
Dépolitisation de masse et disparition de la gauche - Analyse du cas polonais depuis 1989
Administrator - poniedziałek, 19 lipiec 2010
Dépolitisation de masse et disparition de la gauche- Analyse du cas polonais depuis 1989-------------------------------------------------------------------------------------------------------------De...
Nowa Lewica, Powered by Joomla! and designed by SiteGround web hosting