Garet Garrett: AMERYKAŃSKA KSIĘGA CUDU

(Tłumaczenie z angielskiego wydane staraniem i pod redakcją Instytutu Naukowej Organizacji w Warszawie, Mokotowska 51/53. Nakładem Izby Przemysłowo-Handlowej w Warszawie. Czackiego 12, Warszawa 1931.)
Książkę G. Garretta przypomniał Prof. dr hab. Wojciech Gasparski w swoim wystąpieniu na Konferencji „Etyka w biznesie”, zorganizowanej przez International Association for Human Value (IAHV) pod patronatem Parlamentu Europejskiego w Zamku Królewskim w Warszawie (3.09.2010).
Nowe wydanie pt. ISTOTA AMERYKAŃSKIEGO SUKCESU ukazało się w 2011 r. nakładem Wydawnictwa PROHIBITA.

Fragmenty (z wydania przedwojennego wybrał Henryk Lewandowski)

„Charakterystyczną cechą amerykańskiego sposobu myślenia jest to, że obalił on fatalne dogmaty, zawarte w europejskiej księdze ekonomii politycznej – księdze, którą otrzymała Ameryka jednocześnie z formami industrializmu Starego Świata.

Pierwszym i najbardziej katastrofalnym z tych dogmatów było „bezwstydne” prawo płac” [które głosiło, że] „Ogólna suma płac, jaka może być płacona, zależna jest od sumy rozporządzalnego kapitału, przeznaczonego na zakup robocizny, t.zn. fundusz płac, – fundusz zaś ten może wzrastać jedynie droga oszczędności, pochodzących z zysków przemysłu.” (str.39)

„Następnie drugi dogmat – że zyski i płace znajdują się w bezpośredniej naturalnej sprzeczności. Jedne mogą być podwyższane tylko na niekorzyść drugich. Wskutek tego zyski, z których pochodzi fundusz płac, nie mogą wzrosnąć bez obniżenia płac, jeżeli natomiast płace ulegają podwyższeniu, to wtedy zyski zmniejszają się, jak również i fundusz płac”.

„Według układu stosunków, który uważano za naturalne prawo ekonomiczne, przeznaczeniem więc proletariatu było istnienie poza granicą dobrobytu, bez poczucia brania udziału we wzroście bogactw, a jedyną jego siłą, była siła rozpaczy.

Industrializm Starego Świata, znajdujący się pod tyranią tego sposobu myślenia, stał się niebezpieczeństwem dla społeczeństwa, i gdyby państwo, kierowane motywami zarówno obawy, jak i humanitaryzmu nie stworzyło z funduszów publicznych minimalnie przyzwoitych warunków otoczenia, na wytworzenie których proletariat nie był w możności się zdobyć za swe płace naturalne, industrializm stałby się groźbą dla rasy ludzkiej” (str. 40).

„W Starym Świecie (…) praca robotnicza była uważana za przekleństwo, którego albo należało unikać, albo też znosić je cierpliwie. Bezczynność była błogosławieństwem. Wszystkie idee utopijne są pełne nieróbstwa. Uważano, że jedynie w wyzwoleniu się od pracy jednostka mogła osiągnąć wyższy stopień kultury i miała możność wyrazić samą siebie. (…) Rozkazywanie i wydawanie pieniędzy należało do cech pańskich i było właściwością ludzi wyższej sfery.

Jeśli chodzi o cechy charakterystyczne Amerykanina, to są one biegunowo przeciwne. Amerykanin nie wie, co robić z bezczynnością. Nie rozumie jej. Na ogół jest ona dla niego zabójcza.

Praca nie jest dla niego przekleństwem. Jest ona niepokojem jego duszy, jest ogólnym środkiem samowyrażania się.(…) Odczuwa on rodzaj głodu w tym kierunku, tak jakby doświadczenie ludzkie bez pracy nie było całkowite”. (str.67)

„Ameryka stawia wyżej życie bogatszej rzeczywistości przeciętnego obywatela ponad życie umysłowe wybrańców losu. Wszelkie cuda Ameryki z tego wypływają źródła”. (str.70)

„Istnieją maksymy, które przeszły do nas z innych czasów i które powtarzamy jeszcze, ale są one błędne i służą jedynie za dowód siły tradycji dawnych czasów. (…)Wyobraźmy sobie, że wszyscy poczęliby oszczędzać według przestarzałych zasad, to jest kupując tylko przedmioty koniecznej potrzeby i myśląc, że przez zaoszczędzenie reszty staną się bogaci drogą samozaparcia. Co by się wtedy stało?

Przede wszystkim nastąpiłaby ogromna depresja w handlu detalicznym, następnie panika na Wall Street, potem straszna stagnacja w przemyśle. Fabryki, wytwarzające (…) wszystkie rodzaje artykułów, zaspokajających potrzeby ludzkie, w krótkim czasie musiałyby być zamknięte lub pracować krócej. (…) Wszystkie dochody, czy to pod postacią pensji, robocizny, czy też zysków, uległyby obniżeniu.” (str. 71)

„A więc (…) ludzie przez oszczędzanie mogą się sami doprowadzić do ruiny, lub co najmniej znacznie obniżyć swój stan dobrobytu” (str. 72)

„Tymczasem zaleca się w dalszym ciągu oszczędzanie, jako cnotę prywatną i publiczną, bez zdawania sobie jednak sprawy, że z chwilą, gdy problemat produkcji został rozwiązany, oszczędzanie (…) jest ekonomicznie katastrofą”. (str.73)

„Zastosowanie zbiorowego oszczędzania w znaczeniu gospodarczym (np. robienie oszczędności w epoce Benjamina Franklina) miało na celu stworzenie kapitału dla dalszego wytwarzania bogactw. Kapitał przyjmował postać narzędzi, maszyn, instalacji energii, fabryk, kopalń, kolei i t.d. Jedynym celem powiększania kapitału w tej postaci jest zwiększenie produkcji towarów, które ostatecznie zaspokajają potrzeby ludzkie. Towary istnieją wyłącznie w tym celu, aby ludzie mogli korzystać z większej ilości dóbr, posiadać więcej, egzystować wśród obfitości, bez skrupulatnego rachowania się, oszczędzania i odmawiania swym potrzebom” (str. 73)

„Dopóki nic nie wytrąca rytmu równowagi, dopóki konsumpcja i produkcja są w równowadze, nie ma granic dla dobrobytu, dla zaspokojenia ludzkich potrzeb – nie istnieje stan nasycenia. W grę wchodzi tu nowa zasada. Polega ona tym, że konsumpcja finansuje produkcję.

Niektórzy ludzie zdali sobie już sprawę z tego, że dobrobyt jest zjawiskiem konsumpcji. Duże zyski, wysokie płace, nawet szybki wzrost kapitału, wykazują jedynie tempo, z jakim ludzie konsumują bogactwa. Nie konsumują ich dlatego, że są bogaci, lecz są bogaci, gdyż je konsumują” (str.77).

„Z rozważań powyższych łatwo można zrozumieć, dlaczego przemysł musi zapatrywać się na konsumenta pod innym kontem widzenia. Zapotrzebowanie przestało być tą potrzebą, która sama się wytwarzała (…). Zapotrzebowanie równa się sile nabywczej konsumenta. (…) Konsumentem jest każdy. Niezależnie od tego kim jest dana jednostka, nie ulega najmniejszej wątpliwości, że jest ona konsumentem”.( str 85)

„Amerykanie rozumieją, że pozbawiając się robotnika jako producenta, traci się go również jako konsumenta. (…) Wskutek tego maszyny są słusznie uważane za środek do rozszerzenia siły produkcyjnej pracownika celem zwiększenia jego siły konsumpcyjnej. Tania robocizna nie jest już aktywem, gdyż potrzeby źle płatnych robotników są wtedy z konieczności ograniczone.” (str.86)

„Narody Europejskie przede wszystkim starają się poznać amerykański sposób ujmowania zagadnienia płac. Trudności, jakich doznawały w tej dziedzinie, mają za sobą całą historię. Nasz sposób ujmowania tego zagadnienia jest nowoczesny. Kapitalista z dziedzictwa jest u nich dotychczas panem i posiadaczem własności, tak jak ongiś był wyłącznie właścicielem ziemi; zarobkujący są dotychczas jego podwładnymi, pamiętającymi, że byli  eksploatowani dla zysku.

(…) Lecz oto zjawił się przemysł. Pan staje się kapitalistą, jako symbol dziedzicznej potęgi posiadania, z tym samem uczuciem do narodu i tą samą świadomością, że ma prawo zabierania całego zysku z pracy robotników, prawo wynikające z faktu posiadania i dostarczania środków produkcji”.

Jednak „(…) z chwilą zjawienia się przemysłu, sytuacja zmieniła się. (…) Aby osiągnąć zysk musi on towary sprzedać. Ale komu? Przecież nie swoim własnym poddanym, którzy tego kupić nie mogą. (…) Skąd wezmą na to pieniędzy? Mają przecież tylko swe zarobki, które zaledwie wystarczają im na życie. Jeśli podwyższy im zarobki, aby mogli kupić tę nadwyżkę, to będzie to równoznaczne z oddaniem jej za darmo. A wtedy cóż się stanie z zyskiem? Pan będzie miał tylko to, co może zużyć sam, naród zaś dostanie resztę. Nie widzi on w tym oczywiście żadnej korzyści, ani sensu. Jest zresztą przekonany, że gdyby ludzie mieli tyle, to przestaliby pracować” (str. 116).

W przemyśle europejskim robotnik jest uważany za towar, którego cenę reguluje prawo popytu i podaży. Przemysłowiec europejski woli przepełniony rynek pracy i, mając na myśli nadmiar robotników ponad zapotrzebowanie, mówi z zadowoleniem o rezerwach robotników, gdyż wtedy robotnicy są łagodniejsi, a poziom płac jest niższy. Uważa się po prostu za nabywcę pracy, dla którego pierwszym warunkiem jest taniość tego, co kupuje. (…) Ten język był kiedyś powszechnym i w Ameryce. (…) Zapatrywania te uległy jednak głębokiej zmianie, (…) dziś mówią innym językiem, tak jak gdyby zawsze o tym wiedzieli. (…) Wysokie płace i niskie koszty; wyższa wydajność na człowieka w celu zwiększenia siły nabywczej zarobkującego; progresywny podział całego wytworzonego bogactwa, a jednocześnie wyższe zyski, niż poprzednio”.(str.118,119)

„Przez dłuższy czas uważano zarobki jedynie za cenę pracy. Już wielkim krokiem naprzód było uznanie zarobków za wynagrodzenia za wykonaną robotę, z gruba obliczone na podstawie wydajności. Ale pozostawał jeszcze inny krok do zrobienia i obecnie coraz częściej uważa się płace za proporcjonalny udział robotników w ogólnej produkcji bogactwa. Nie wystarcza, aby płace były wysokie. Trzeba by były proporcjonalne, gdyż jeśli tak nie jest, jeśli wytwarzanie bogactwa postępuje szybciej niż wzrost zarobków, wówczas choćby zarobki były bardzo wysokie, względna zdolność nabywcza robotników spadnie. Jest to pogląd, który uważa robotnika przede wszystkim za konsumenta niezbędnego dla dobrobytu”.(str. 121)

„Dziś robotnik uważa siebie za producenta. Zrozumiał zasadę wysokiej wydajności. Uważa się również za konsumenta i twierdzi, że musi brać coraz czynniejszy udział w korzystaniu z tego, co się wytwarza. (…)Business uznał robotnika za konsumenta, a utrzymanie jego siły nabywczej uważa za swą własną troskę”. (str.122).

„Oto mamy wyraźnie ujętą ideę proporcjonalnego podziału. Przemysł ideę tę przyjmuje. Należy tu zaznaczyć, że przemysł pierwszy doszedł do tej idei, która uważa robotnika za konsumenta”. (…) „Sami robotnicy nie zwiększyli swej wydajności – zrobiły to środki, nauka, metody, które przyszły im z pomocą. Czyli kapitał i idee”.(str. 125)

„W pracy pod tytułem „Płace w Stanach Zjednoczonych”, wydanej w 1927 roku, przytaczającej między innymi fakt, że podczas, gdy ceny w okresie od 1924 do 1926 roku spadły o 17,5% zarobki w rzeczywistości podniosły się, „The National Industrial Conference Board”… mówi:

„Jest rzeczą oczywistą, że wzrost wydajności robotnika, jaki dał się zauważyć w ciągu ostatnich kilku lat, wynika całkowicie z szerszego stosowania maszyn, siły mechanicznej i lepszego kierownictwa, czyli jest wynikiem użycia większego kapitału i inteligencji kierowniczej, a nie większych wysiłków, lub lepszego przykładania się do pracy robotników. (str.125)

„Zmiana poglądów na znaczenie płac byłaby niemożliwa, gdyby jednocześnie nie zaszły zmiany w stosunku kapitału i zysku.

„Na czym polega istota zysku? Zdawało się zawsze, że jest to różnica pomiędzy kosztem własnym wyrobu, a ceną, po jakiej się go sprzedaje. Dlaczego różnica ta istnieje? Jeśli nawet włączyć procent od kapitału, jako składnik kosztu, to mimo to istnieje różnica, którą ktoś sobie liczy, a inni płacą – różnica, która jest zyskiem.” (str. 128)

„Idea proporcjonalności dotyczy zarówno udziału kapitału, jak i udziału robotników. Niema jednak naukowych sposobów określania, jaka powinna być proporcja tego udziału. Najważniejszą rzeczą jest, aby posiadać poczucie proporcji. Nie możemy powiedzieć, że posiadamy poczucie proporcji podziału bogactwa, jeśli bierzemy ile tylko się da i uważamy to za naszą własność. Taki podział jest prawem dżungli.

Wychodząc z prawdziwej filozofii podziału, dochodzimy w sposób naturalny do poczucia proporcji, a także do wniosku,  że udział proporcjonalny określa się sam, jako ilość, która pozostaje w mniej lub więcej jednakowym stosunku do ogólnej ilości dającego się podzielić bogactwa – ideałem byłby tu stosunek stały.(str.130)

„W jednym z dawnych ośrodków przemysłu włókienniczego widać dotychczas w dolince…miejsce, gdzie stała fabryka. Na wysokim wzgórzu, ukryty w zieleni starego… prywatnego parku, stoi pałac właściciela. (…) wiele tu wyciągnięto i skonsumowano z tego przedsiębiorstwa, jako zysk z kapitału. Widać, iż proporcja była pominięta. Pałac i jego otoczenie musiało kosztować więcej niż fabryka. (…) A jaki jest wynik? Fabryka zginęła, została zrujnowana przez konkurencję przemysłowców, którzy biorąc osobiście dla siebie tylko proporcjonalną część zysku, zwracali większość do jego źródła; rozszerzali w ten sposób swe zakłady, obniżali koszty własne, podnosili poziom życia i wydajność robotników. Wielkość osiągniętego w ten sposób bogactwa jest obecnie tak duża, że bodaj najwspanialszy pałac z prywatnym parkiem stanowi zaledwie cząstkę jego wartości.(str.131)

„W naszym ujęciu zysk nie jest częścią odejmowaną od całej produkcji bogactwa, lecz powstaje z tego, co jest dodane do tej produkcji. W każdym razie tak się dzieje w większości wypadków. Wielkie zyski są udziałem ludzi, którzy zwiększają wydajność kapitału i pracowników drogą stosowania idei i lepszych metod, czyli tych, którzy obniżają koszty. Zysk ich zawarty jest nie w cenie, lecz w koszcie. Nie zmieniając ceny, podnoszą oni zyski drogą obniżania kosztów. A więc zysk stwarza się sam i dzieli się sam. Jak już mówiliśmy, wynika on z nowej zasady opartej na wydajności.

W tym nowym ujęciu zysk nie leży w tym, co bierzemy. Pochodzi on z tego, co dajemy. Aby osiągnąć wielkie zyski (str.132) należy produkcję bogactwa zwiększyć w znaczniejszym stopniu, niż konkurencja. Stworzywszy w ten sposób wielki zysk mamy całkowite prawo do jego zużycia. Można go wycofać z przedsiębiorstwa i zrobić z nim co się tylko zechce. Jeżeli jednak nie zwrócimy większej jego części do źródła, to źródło wyschnie. Dlaczego? Dlatego, że jeśli nie pójdziemy tą drogą, pójdzie nią kto inny; będzie on mógł obniżyć swe koszty bardziej, niż my, i zyski nasze znikną”.

„W ten oto sposób drogą obniżania cen towarów, społeczeństwo bierze udział w zyskach. Konsument spożywa dzisiaj zyski, wytworzone przez kapitał wczoraj. Człowiek, który dziś płaci tysiąc dolarów za samochód lepszy od tego, który pięć lat temu kosztował tysiąc pięćset dolarów, konsumuje obecnie tę część zysku z tysiąca pięciuset dolarowego samochodu, która została zwrócona przemysłowi samochodowemu w celu obniżenia kosztów produkcji. Zysk na tysiącdolarowym samochodzie jest mniejszy niż na tysiąc pięćset dolarowym, lecz ilość samochodów tysiąc dolarowych, jakie można sprzedać, jest większa, tak iż ogólny zysk może być większy, niż przedtem. Widzimy więc, iż w procesie konsumowania zysków spożywca zwraca je tam, skąd powstały.

Klasyczny dogmat antagonizmu załamuje się. Mamy szczęście być świadkami „katastrofy”, której jesteśmy autorami. Place i zyski nie są w przeciwnych obozach. Jedne i drugie wynikają z produkcji.”(str.133)

„Proporcjonalne płace dla robotników, proporcjonalne wynagrodzenie kapitału oraz rozdzielenie pozostałych zysków pomiędzy kapitał, robotników i publiczność – oto (…) amerykańska filozofia. (…) Dawno już wyobrażano sobie społeczeństwo, w którym dążenie do prywatnego zysku, jako głównego motywu ekonomicznego, powinno ustąpić idei funkcji społecznej. Nikt jednak nie przypuszczał, aby to mogło się rzeczywiście opłacić.” (str.136)

„W czerwcu 1927 r. kilku wielkich businessmen’ów przybyło na poświęcenie grupy budynków, powstałych z funduszu George’a F. Bakera dla Wydziału Administracji przedsiębiorstw (Business Administration) Uniwersytetu Harvardskiego. George F. Beker jest jednym ze starszych niezmiernie bogatych bankierów z Wall Street. Na poświęceniu tym wygłosił mowę prezes General Electric Company, pan Owen D. Young, w której powiedział;

„Gdybym miał mówić w imieniu ludzi interesu, aczkolwiek nie posiadam dostatecznych do tego kwalifikacji, musiałbym wyrazić wdzięczność, że prowadzenie interesów uznane jest wreszcie za zawód; uznanie tej dziedziny przez Uniwersytet Harvardski daje jej możność stania się zawodem naukowym. Gdybym chciał przemawiać w imieniu ludzi nauki, do czego posiadam jeszcze mniej danych, wyraziłbym zadowolenie, że do życia przemysłowo-handlowego wejdą wreszcie ludzie z wyższym wykształceniem podobnie, jak ci, co dotychczas po ukończeniu uniwersytetów poświęcali się karierze naukowej, prawniczej, medycznej i t.d. ...”

Sięgając myślą wstecz, należy wyrazić zdziwienie, dlaczego sprawa ta była tak długo odwlekana. Dlaczego Wydział Handlu przy Uniwersytecie Harvardskim został założony dopiero w 1908 roku, a zaledwie dziś otrzymuje odpowiednią siedzibę? Instytut Medyczny został założony w 1782 roku. Wyższa Szkoła Prawa w 1817, a Akademia Teologiczna w 1819. Wykształcenie duchowieństwa było uważane za najistotniejszy cel tej fundacji i było od najwcześniejszych lat przedmiotem naszych usiłowań. Założyciele Uniwersytetu Harvardskiego twierdzili, że „obawiają się niewykształconego duchowieństwa w kościołach”. Można by z tego  wyciągnąć wniosek, że władze uniwersyteckie, już w 1636 roku zdawały sobie sprawę z ważności posiadania wykształconego kleru, ale aż do 1908 roku nie orientowały się co do braku ludzi wykształconych w życiu gospodarczym”. (str.138)

„Jednostronna filozofia egoizmu, będąca cechą charakterystyczną etyki interesów i przedsiębiorstw poprzedniej generacji, patrząca jedynie na interesy własne, dziś ustępuje miejsca nowej filozofii, która uważa, że interesy są „również i altruistyczną usługą publiczną, handel zaś – zbiorowym środkiem jej niesienia”.

————————————————————————-
[Wszystkie podkreślenia H.L.]
Polecam tę książkę przede wszystkim ze względu na zadziwiającą trafność większości spostrzeżeń Autora, które po 80 latach (!) nie straciły na aktualności. Nasi pracodawcy zbyt często myślą i postępują tak, jak ówcześni kapitaliści amerykańscy, którzy nie mogli uwolnić się od ekonomicznych teorii Starego Świata (Europy).

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ekonomia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na Garet Garrett: AMERYKAŃSKA KSIĘGA CUDU

  1. wojnier pisze:

    Szanowny Panie Profesorze,

    może Pan wyjaśni mi jedną ze sprzeczności w dążeniach lewicy. Dlaczego lewica nie popiera zmian prowadzących do zwiększenia liczby pracodawców? Nie muszę chyba uzasadniać jaki to miałoby wpływ na pozycję pracowników w negocjacjach płacowych. Moje przypuszczenie jest takie, że z obawy o jeszcze większą marginalizację, ale nie znam pewnie wszystkich okoliczności.

  2. Wojnier, ciekawy problem… Nie starczy, że prawicy spędza sen z powiek? I nie dlatego, że nie liczy upadłości firemek, co zdaje się i GUS wspomaga skoro nie ewidencjonuje jednostek zatrudniających do dziewięciu pracowników. Prawicy na świecznikach wystarcza, że mamienie możliwością założenia własnej firmy nie musi tłumaczyć się ze strukturalnego bezrobocia jak i nędzy w jakiej żyć muszą pracownicy, dla przykładu – http://www.stachurska.eu/?p=2712 , czy – http://www.stachurska.eu/?p=2473 . Sztucznie zwiększona liczba pracodawców w dużej części ma się nie lepiej, bo problem w barierze popytowej jest. A Pan o tym ani słowa, choć to antidotum, a nie liczba pracodawców.

  3. Henryk Lewandowski pisze:

    Nie wiem, do kogo kierowane jest zapytanie komentatora „Wojnier” (ja nie jestem ani profesorem ani przedstawicielem lewicy!), ale nie mogę nie zwrócić uwagi na pewną wadę tak formułowanych pytań. Zawarte jest w tym pytaniu wątpliwe założenie, że „lewica nie popiera zmian prowadzących do zwiększenia liczby pracodawców”… Otóż nie jestem pewien, czy tak jest w rzeczywistości, zatem nie mogę zastanawiać się nad znalezieniem przyczyny takiego stosunku lewicy do ilości pracodawców…

  4. wojnier pisze:

    Przepraszam za „profesora”, zbyt pochopne skojarzenie osoby.
    Chyba nie trzeba być przedstawicielem lewicy aby wiedzieć, faktycznie jednak bez zastanowienia lepiej nie wyjaśniać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.